Nie siedź w domu

Sondaż publiczny

Frekwencja podczas wyborów samorządowych wyniesie

Wywiad

Przemysł upadał

Rozmowa z prof. Alfredem Sulikiem

ilustracja

- Na Śląsku panuje taki pogląd, że przedwojenne województwo śląskie było potęgą gospodarczą, a dopiero PRL i prywatyzacja lat 90. doprowadziły do upadku śląski przemysł. Rzeczywiście tak było?
- To mit. Śląski przemysł w Polsce w okresie międzywojennym ulegał powolnej degradacji. Najlepiej ujął to pod koniec lat 30. wojewoda Michał Grażyński, który stwierdził, że śląskie hutnictwo dobiega kresu swoich zdolności produkcyjnych. W ciągu 17 lat w Polsce (1922-39) Śląsk stał się przestarzały technologicznie, niewydolny ekonomicznie. Był tylko cieniem tego Śląska, który w roku 1922 trafił do Polski.
- A jaki był ten, który w 1922 roku trafił?
- Nam to sobie dziś trudno wyobrazić. W Europie, a nawet na świecie, było raptem kilka potężnych okręgów gospodarczych. Górny Śląsk stanowił wśród nich prawdziwą perełkę. To tu wdrażano w XIX i na początku XX wieku ogromną ilość nowinek technologicznych w górnictwie, hutnictwie i innych branżach przemysłu. Nie przypadkiem co kilka-kilkanaście lat jakiś śląski fizyk lub chemik dostawał nagrodę Nobla. Byliśmy Fabryką Europy i  innowacyjnym centrum Europy. O tę Fabrykę upomniała się Polska. Gdy brytyjski premier, David Lloyd George powiedział swoje słynne słowa, że dać Polsce śląski przemysł, to jak dać małpie zegarek – nie kierowała nim niechęć do Polski.
A jedynie przekonanie, że ten zacofany, rolniczy kraj nie będzie umiał z tego przemysłu korzystać, nadal go rozwijać. Powiem panu więcej, także wiele osób w Polsce nie chciało Śląska. Bo on do ówczesnej Polski nie pasował. Ona była rolnicza i potężne wówczas stronnictwo ludowe (PSL) czy narodowe, chciały by Polska taka pozostała. A tu nagle ma trafić do Polski potężny okręg przemysłowy, który zaburzy ten sielski, rolniczy krajobraz. Jednak kręgi chadeckie, a po nich piłsudczykowskie rozumiały w 1920 roku, jak ważny dla Polski może być Śląsk.  I postanowiły o niego zawalczyć.
- Bo to prastara polska macierz, odwieczne ziemie piastowskie?
- Niech  pan nie będzie śmieszny. W XIX wieku niemal nikt na ziemiach polskich nie uznawał Śląska za część Polski. Na początku XX wieku też. Bo niby jak mieli uznawać, kiedy Śląsk nie należał do Polski od dobrych 700 lat. Już prędzej za odwiecznie polskie mogli uznawać dzisiejszą Łotwę, albo Kijów, Smoleńsk i  Mołdawię. Piastowskie  tak, ale nie polskie. Bo śląscy  Piastowie w  większości byli wobec Polski wrodzy. Przechodząc jednak do konkretów 1922 roku, majątek przemysłowy całej  Polski przed wchłonięciem Śląska stanowił mniej niż 100 milionów ówczesnych złotych. Po zajęciu Śląska, a raczej  jego skrawka, wzrósł do 275 milionów. Niemal trzykrotnie. Polsce przypadła mniejsza część Górnego Śląska, ale znacznie lepiej  uprzemysłowiona. Były tu, na tym skrawku - bez Bytomia, Zabrza, Gliwic - 53 kopalnie węgla kamiennego, 12 kopalń rud cynku i ołowiu i 7 kopalń rudy żelaza. Były 22 wielkie piece i 12 hut cynku, mnóstwo innych zakładów. Na mniejszym, polskim, kawałku Górnego Śląska, było 100% śląskiej rudy żelaza, 100% produkcji cynku, 100% produkcji ołowiu
i srebra. Na polskiej części było 70% śląskiego hutnictwa i 75% udziału w śląskiego górnictwa.
- No więc co się stało, że ten potężny przemysł, jak pan mówi, w latach 1922-39 w Polsce podupadł?
- Nałożyło się na to wiele czynników. Będę mówił bardzo skrótowo. Ale wspomnieć muszę, że pierwsze trzy lata, do 1925, to powolne scalanie śląskiego przemysłu z Polską. Nie było to proste, bo przede wszystkim wymagało restrukturyzacji wielkich śląskich koncernów przemysłowych. Tylko jeden z nich – należący do księcia pszczyńskiego – w całości trafił do Polski. Pozostałe swoje centrale miały w niemieckich Gliwicach,
w niemieckim Wrocławiu, ale na polskiej części posiadały wiele hut, kopalń, zakładów chemicznych, elektrowni. Musiały utworzyć spółki-córki do zarządzania tym majątkiem w Polsce. Po drugie, w Polsce nie było odbiorców na ich produkcję.
- Co takiego?
- To co powiedziałem. Polska była rolnicza, a na wsi palono drewnem, nie węglem. Na węgiel zbytu nie było. To samo z energią elektryczną. Co z tego, że
u nas były potężne na tamte czasy elektrownie, jeśli Polska nie była zelektryfikowana. Po 1922 roku odbiorcą węgla, wyrobów hutniczych i prądu były nadal Niemcy. Ale umowa o ich bezcłowy eksport do Niemiec wygasła w 1925 roku. Niemcy w tym czasie po swojej stronie wybudowali nowe kopalnie, elektrownie, huty – i przestali tę polską produkcję potrzebować. Polska odpowiedziała cłami na produkty niemieckie i zaczęła się wyniszczająca po obu stronach granicy wojna celna. To był pierwszy ogromny cios dla śląskiego przemysłu. Trochę nas przed katastrofą uchronił trwający wiele miesięcy strajk górników brytyjskich, dzięki czemu zajęliśmy ich rynki eksportowe, przede wszystkim skandynawski, krajów bałtyckich i włoski. Ale i tak zatrudnienie w górnictwie spadło prawie o 40%, część kopalń i hut zamknięto, inne zmniejszyły wydobycie. Zaczęło się bezrobocie i bieda.
- Ale Polska też się rozwijała, zapotrzebowanie na śląską produkcję rosło.
- Rosło i lata 1926-29 były nawet nienajgorsze. Powstawały u nas nowe, duże zakłady przemysłowe, jak chociażby chemiczne w Chorzowie czy Łaziskach Górnych, największa w Polsce elektrownia, też w Łaziskach. Tyle, że zaraz potem – w 1929 roku – wybuch światowy kryzys gospodarczy.
- To nijak polska wina!
- Nijak. Kryzys wynikał z nadprodukcji dóbr przemysłowych na świecie. Trwał do 1934 roku. Ale na polskim Śląsku nałożył się na kilka innych procesów, które wtedy ujawniły się z całą siłą.
- Jakich?
- Na Śląsku w 1922 roku 90% zakładów przemysłowych było w niemieckich rękach. W 1939 roku wciąż ponad połowa, 52%. Ale to usuwanie kapitału niemieckiego było brutalne. Nie tylko żądano, by do zarządów niemieckich firm wprowadzono Polaków. Nie tylko z automatu – i zgodnie z prawem – zakłady stanowiące majątek skarbu pruskiego, przeszły na skarb państwa polskiego. Gorzej, że po zamachu majowym i wprowadzeniu w Polsce dyktatury piłsudczyków, zaczęto wobec kapitału niemieckiego grać nieczysto. Represje aparatu skarbowego, niezwykle wysokie daniny i progresywne podatki. Pod dość fikcyjnymi zarzutami oszustw podatkowych praktycznie odebrano księciu pszczyńskiemu jego gospodarcze imperium, ustanawiając nad nim zarząd państwowy. Podobnie postąpiono z firmą Giesche, mającą w zasadzie cały Giszowiec, Nikiszowiec, Szopienice, sporą część Mysłowic. Gdy pod naciskiem aparatu fiskalnego straciła płynność finansowe i musiała kontrolny pakiet udziałów odsprzedać firmie amerykańskiej – represje podatkowe natychmiast się skończyły.
- To chyba dobrze, że Polska chciała, by cały śląski kapitał nie był w niemieckich rękach!
- I dobrze, i niedobrze. Już w 1922 roku przewidywano wykupienie go z niemieckich rąk. Ale za odszkodowaniem. Ale teraz, gdy zamiast odszkodowania przyszły represje, te niemieckie koncerny inwestowały po niemieckiej,
a nie polskiej stronie granicy. Tam kupowały nowe maszyny, tam modernizowały huty. W Polsce chciały z tego co mają wycisnąć jak najwięcej, zanim się wyniosą. Już w nasz przemysł nie inwestowały. Do tego rzeczywiście, chcąc wyprowadzać kapitał, dopuszczały się machinacji finansowych na szkodę państwa polskiego, więc te represje były po części uzasadnione. Efekt jednak był taki, ze śląski park maszynowy się starzał; w kopalnie, huty nie inwestowano. No i w końcu Grażyński stwierdził, że śląskie hutnictwo jest
u kresu zdolności produkcyjnych. W dużym stopniu na skutek represji które stosował on sam, i warszawski rząd.
- A jak to wyglądało po niemieckiej stronie granicy?
- Już wspominałem. Gdy stracili wschodnią część Górnego Śląska, zaczęli szybko inwestować u siebie. Gdy nastała III Rzesza, proces ten jeszcze przyspieszył, bo państwo nastawione na zbrojenia potrzebuje przemysłu ciężkiego. Lokowano go więc w Gliwicach, Zabrzu, Kędzierzynie-Koźlu – i tam przemysł rozwijał się dynamicznie. Gdy po polskiej stronie przybywało biedaszybów, szybików było 12 000 (!), to tam nowoczesne kopalnie stale zwiększały wydobycie, huty produkcję. Nie było bezrobocia, podczas gdy na polskim Śląsku stało  się prawdziwą plagą. Mimo, że kryzys gospodarczy skończył się w 1934 roku, polskie kopalnie w 1939 miały tylko 83% wydobycia z 1929.
A i to wliczając wydobycie z zajętych w  1938 roku kopalń Zaolzia.
- Czyli gdy robotnicy po  polskiej stronie w 1939 roku witali Wehrmacht z nadziejami, wynikało to głównie z czynników ekonomicznych?
- Stare przysłowie mówi, że przez żołądek do serca. W Polsce ich żołądki były stale głodne, a w Niemczech był – jak na tamte czasy - dobrobyt. Świetnie to wiedzieli, bo przecież  granica była tuż, tysiące ludzi przekraczało ją codziennie, jeżdżąc do Niemiec do pracy. Katowiczanie do Bytomia, Mikołowianie do Gliwic. Ludzie pamiętali, że przed 1922 rokiem, gdy całość Śląska była w Niemczech, tych dysproporcji nie było. Chcieli by wrócił tamten stan. Nie wszyscy,  chyba nikt  tego nie badał, ale myślę, że Niemców szczególnie radośnie witali bezrobotni, gorzej zarabiający, oraz oczywiście ludzie o sympatiach proniemieckich, których wciąż było tu mnóstwo. Bronili Śląska dawni powstańcy, którym Polska za ich walkę odpłaciła przyzwoitymi stanowiskami. Oni mieli dużo do stracenia. Bezrobotny  uważał,  że on ma tylko do zyskania.
- I zyskał?
- Zyskał, bardzo szybko. Nagle na do niedawna polskiej części Górnego Śląska, dobrze płatna praca była dla wszystkich. Tylko niewiele później przychodziło powołanie do Wehrmachtu, skierowanie na Ostfront i tam śmierć  „za Fuhrera i niemiecki Reich”. Ale i to nie było takie częste, bo praca w przemysłach kluczowych dla niemieckiej wojennej gospodarki, długo reklamowała od służby w wojsku.
- Dziękuję •

Rozmawiał  Dariusz DYRDA

Wywiad

ilustracja

Niezbędny kwiatek do kożucha

Rozmowa z, nauczycielem, pisarzem, propagatorem edukacji regionalnej

więcej

Stare fotografie

ilustracja

Mąż wyrusza na wojnę

Maria Piekorz (1879-1951), szanowana akuszerka bojszowska z pierwszym mężem Grelą, który jako marynarz poległ na I wojnie światowej.

więcej

Echo historii

ilustracja

Papież śląski ale niewygodny

Pius X prawie na pewno był Ślązakiem. Ale cicho-sza

więcej

W naszej kuchni

ilustracja

Czas na bakłażana!

Bakłażan, czy oberżyna? Nie do końca wiadomo, która z tych nazw jest bardziej popularna. Wiadomo jednak, że jeśli kiedyś usłyszymy o psiance podłużnej, jajku krzewiastym, bakmanie, czy gruszce miłosnej możemy się bardzo zdziwić...

więcej

Reportaż

ilustracja

Do Ziemi Świętej z orkiestrą symfoniczną z Bergisch Gladbach

Izrael • Projekt „Razem” niemieckich i izraelskich muzyków

więcej

Naszym tropem

ilustracja

Giżyński Gate!

Znowu nas wyrolowali. Rolnicy w swoich sprawach zamiast do Mikołowa, będą jeździć do Częstochowy

więcej

Partnerzy