Nie siedź w domu

Sondaż publiczny

Czy uważasz, że nasze miejscowości mają dobrą ofertę naferie dla dzieci?

Wywiad

Mordowali polskich patriotów

Rozmowa z Damianem Fierlą, tyskim historykiem i wielokrotnym weteranem bitwy wyrskiej.

ilustracja

- Damian, ile razy zginąłeś w Bitwie Wyrskiej? A ile razy dostałeś się do niewoli?
- Do niewoli ani razu. A zginąłem, jeśli dobrze pamiętam, sześć razy. Zginąłem też w Bitwie nad Bzurą, kilka razy w Bitwie po Mławą, pod Tomaszowem. Jakoś tak wolę ginąć w kampanii wrześniowej, niż się Niemcom poddawać.
- Rekonstrukcje bitew, w których uczestniczysz, stały się modne. Uważasz, że to dobra lekcja historii?
- Jak wiesz, uczyłem w szkołach historii przez wiele lat. Klasyczna lekcja jest dla ucznia dość nudna. Co innego, zwłaszcza dla chłopców, widzieć tę walkę na żywo. To dla nich nawet lepsze niż film.
- Ale nie zawsze do końca prawdziwe. Znam wspomnienia prawdziwego weterana tej bitwy, który gdy ją kilka lat temu zobaczył, stwierdził, że to jakiś żart, bo
w waszej rekonstrukcji Polacy wygrywają.

- Weteran najwyraźniej nie wziął pod uwagę, że my nie rekonstruujemy całej bitwy, a jedynie jej wycinek. Ten, gdzie wojsko polskie rzeczywiście odrzuca niemieckie natarcie i samo rusza do przodu. Cała bitwa skończyła się oczywiście zwycięstwem Niemców, podobnie jak wszystkie w kampanii wrześniowej. Ale to nie zmienia faktu, że do czasu starcia Niemców z Sowietami, to właśnie z nami toczyli najcięższe walki. Niemiecki generał Guderian mówił, że do czasu bitwy stalingradzkiej, walk pod Moskwą i Kurskiem największą
i najbardziej zaciętą bitwą II wojny światowej była ta pod Bzurą.  A przecież między Bzurą a Stalingradem hitlerowcy podbili niemal całą Europę. Mnie  uczono, że podczas kampanii wrześniowej zginęło około 15-20 tysięcy Niemców. Teraz się jednak okazuje, że oparliśmy się na goebellsowskiej propagandzie. A tak naprawdę najnowsze badania wskazują, że zginęło ich pięć razy więcej, koło 90 000. Do czasu klęsk w walkach z sowietami nikt nie zadał im takich strat.
- No ale nie na Śląsku. Ten teren Polska oddała praktycznie bez walki. Z jednej strony to logiczne, bo po rozbiorze Czechosłowacji polski kawałek Śląska było otoczony przez tereny  niemieckie –
z drugiej jednak strony państwo polskie nawet nie podjęło próby obrony tej najbogatszej swojej prowincji. Bo trudno za taką obronę uznać niewiele znaczące starcia pod Wyrami, Pszczyną czy Świerklańcem
.
- Polska doktryna wojenna zakładała, że nadchodząca wojna będzie podobna do I wojny światowej. Do wojny pozycyjnej, w której Niemcy będą musieli jednocześnie walczyć na froncie wschodnim
z Polską i na zachodnim z Anglią i Francją. I w tej sytuacji obrona okręgu przemysłowego była przewidywana. Ale po pierwsze, Niemcy zupełnie zaskoczyli nas blitzkriegiem, a po drugie zawiodły sojusze. Gdy Anglia i Francja wypowiedziały wojnę, wierzyliśmy, że natychmiast uderzą na Niemcy, że ich samoloty rozpoczną bombardowania. Nic takiego się nie stało, Polska walczyła z Niemcami osamotniona.
- Nie tylko z Niemcami, zazwyczaj się zapomina, ze równocześnie z nimi Polskę zaatakowała też Słowacja.
- No tak, ale jej udział był marginalny. Zajęli Zakopane, parę wsi koło niego i tyle. Natomiast przy niemieckiej nawale trzeba było na południu kraju cofać wojsko na linię Wisły, Sanu, wierzyć, że tam stworzy się linie obrony, a zachodni sojusznicy w końcu uderzą.
17 września i agresja sowiecka oraz zupełna bezczynność Anglii i Francji przekreśliły i te rachuby.
- Polska wybudowała na Śląsku linię fortyfikacyjną, złożoną z bunkrów. Choćby w okolicach Chorzowa czy Tarnowskich Gór. Okazały się kompletnie bezużyteczne…
- Przede wszystkim były niedokończone, nie osadzono na nich wieżyczek z działami, a samymi karabinami maszynowymi niewiele mogły zdziałać. Niemniej  budowano je z zamysłem  wojny pozycyjnej. A już wspomniałem, że niemiecka doktryna zupełnie zaskoczyła polskich sztabowców. No i Niemcy nie atakowali okręgu przemysłowego frontalnie, lecz odskrzydeł, gdzie tych bunkrów nie było.
- A nie było trochę i  tak, że obrona Śląska byłaby trudniejsza niż innych polskich ziem, bo tu ogromne rzesze ludności miały nastroje proniemieckie, na tyłach polskiego wojska działał Freikorps, osławiona V kolumna.
- Militarnego znaczenia Freikorpsu bym nie przeceniał, często radzili sobie z nimi dawni powstańcy śląscy, nawet bez wsparcia regularnego wojska. Prawdą natomiast jest, że na Śląsku prawie 100 000 ludzi w taki czy inny sposób pracowało dla niemieckiego wywiadu i innych służb.
- A jeśli pracowało dla nich sto tysięcy, to sprzyjało im przynajmniej pół miliona. Pamiętajmy, że jednak plebiscyt 17 lat wcześniej wygrały Niemcy. Mieszkańcy ówczesnego powiatu pszczyńskiego (z Tychami, Mikołowem) zagłosowali wprawdzie w większości za Polską, ale   za Niemcami zagłosowało 83% katowiczan.
- Tak, ale za Niemcami w 1921 wcale nie oznacza, że za III Rzeszą w 1939 roku. Znany jest przypadek Niemki, która w Rybniku spoliczkowała oficera wkraczającego Wehrmachtu, krzycząc, że jak mogli napaść  na sąsiada. Była Niemką, więc po prostu uznano ją za psychicznie chorą, Polaka by za to bez wątpienia rozstrzelano.
- Ta Niemka była jednak wyjątkiem. Bo wprawdzie część Ślązaków dawała przykłady polskiego patriotyzmu, ale wspomnienia ludzi i zdjęcia przecież nie kłamią. Niemal w każdym miasteczku,
  w wielu wsiach spora część mieszkańców witała wkraczający Wehrmacht kwiatami, owacjami, bramami powitalnymi.  To na Górnym Śląsku wyglądało jak zjednoczenie, a  nie jak podbój. I nie zmienia  tego nawet fakt, że już w trakcie uroczystości nieraz rozlegały się strzały, padali zabici niemieccy żołnierze, bo jakiś powstaniec czy harcerz pokazywał, że nie wszyscy tu witają Niemców radośnie.

- Ja mam przede wszystkim trochę inną wizję tego witania. Jestem przekonany, że ogromna część tych witających robiła to ze strachu.  Wszędzie pełno było niemieckich agentów, szpicli obserwujących zachowanie  ludności cywilnej. Jeśli kilkunastu się cieszyło, to reszta dołączała do nich, by na dzień dobry nie narażać się nowej władzy. Władzy o której już wiadomo, że się nawet ze swoimi obywatelami nie patyczkuje. Bo z jednej strony  niby były te powitania Niemców, ale z drugiej strony równocześnie trwało rozstrzeliwanie złapanych harcerzy!
- Trudno się dziwić. Wojna, cywil złapany  z bronią w ręku…
- Ja nie mówię o tych harcerzach, którzy wraz z powstańcami bronili Śląska. Wystarczyło mieć  na sobie harcerski mundurek, by zostać zabitym. Niemcy zamordowali tak wiele harcerek, w samych Katowicach kilkadziesiąt.
- No, może po prostu chodziło o to, że jak się zgwałconą dziewczynę zastrzeli, to o gwałcie nikt się nie dowie…
- Akurat wcale nie. Niemieccy żołnierze byli karni i zdyscyplinowani. Gwałty się nie zdarzały. To były morderstwa na tle narodowościowym, a nie seksualnym. Niemcy na Śląsku mordowali polskich patriotów, a noszenie polskiego harcerskiego munduru, gdy wkracza wojsko niemieckie, było przecież dowodem patriotyzmu.
- No właśnie, szczycimy się, że harcerze chwycili za broń. A przecież to, że wojsko się wycofało, a walczyły dzieci jest raczej powodem do wstydu. Ja rozumiem dawnych powstańców, zwłaszcza tych, którzy przez lata manifestowali antyniemieckość. Oni nie mieli nic do stracenia, wiedzieli co ich czeka, gdy wróci tu państwo niemieckie. Ale dawać dzieciom broń do ręki?
- Wojsko nie dawało im broni, a wielu oficerów odradzało tym harcerzom podejmowanie walki. Wręcz starało się zabraniać. Ale oni odebrali bardzo patriotyczne wychowanie, na tradycjach powstań kościuszkowskiego, listopadowego, styczniowego, wreszcie śląskich. Dla nich walka za ojczyznę była czymś naturalnym i lekceważyli zakazy oficerów, często rodziców.
- Taką opowieść, z Mysłowic, też znajdziemy na sąsiedniej stronie. Jej bohater nie zginął we wrześniu 39 roku lecz dożył późnej  starości, właśnie dlatego, że ojciec mu  zabronił pójść do walki z innymi harcerzami.
- Ale ja rozumiem postawę tych harcerzy. Stali się bohaterami, a pamięć o nich będzie w Polsce wiecznie żywa.  

Rozmawiał  Dariusz DYRDA

 

Wywiad

ilustracja

Zbiorowe wyparcie

Z Markiem Łuszczyną, autorem „Polskich Obozów Koncentracyjnych” rozmawia Dariusz Dyrda

więcej

Stare fotografie

ilustracja

Mąż wyrusza na wojnę

Maria Piekorz (1879-1951), szanowana akuszerka bojszowska z pierwszym mężem Grelą, który jako marynarz poległ na I wojnie światowej.

więcej

Echo historii

ilustracja

Biały pułkownik

Komisarz stanu wojennego, który stanął po stronie załogi

więcej

W naszej kuchni

ilustracja

Zozwór, jak go tu dawniej zwano

Przyszedł styczeń - miesiąc postanowień noworocznych. Podziwiam z dumą powtarzane hasła w stylu: Nowy Rok – nowa ja. Albo „nowy ja”, bo coroczne szaleństwo dotyczy wszystkich, bez wyjątku. Dla tych, którzy za chwilę po raz pierwszy włożą buty do biegania i postanowią zafundować swojemu nieprzygotowanemu organizmowi terapię szokową (albo już to zrobili i czekają na efekty) mam dwie wiadomości - jak w kawałach... złą i dobrą. Pierwsza jest taka, że z kiepską odpornością i kondycją prawie na pewno zapracujecie na przeziębienie, a druga – żeby nie zniechęcać tak do gruntu – są na to sposoby. Dobre i domowe. Sprawa wygląda tak – chcecie igrać ze styczniową pogodą? Zróbcie zapas imbiru!

 

więcej

Reportaż

ilustracja

Do Ziemi Świętej z orkiestrą symfoniczną z Bergisch Gladbach

Izrael • Projekt „Razem” niemieckich i izraelskich muzyków

więcej

Naszym tropem

ilustracja

Mały ZUS, wielkie cygaństwo!

Z dniem 1 stycznia wszedł „mały ZUS”. Obecne władze reklamują ją jako niezwykłą ulgę dla mikroprzedsiębiorstw. A ja zakładam się w ciemno, że na terenie działania całego tyskiego urzędu skarbowego załapie się na nią nie więcej, niż 100 przedsiębiorców. A może mniej, niż 20. Bo tak naprawdę ci, którzy spełniali kryteria wymyślone przez  rząd PiS-u, albo już umarli z głodu, albo wyemigrowali zbierać pomidory do Holandii, albo zamknęli firmę, żeby iść do najgorzej nawet płatnej roboty.

więcej

Partnerzy