Wywiad

Zbigniew Danielewski: - Muzyka i śpiew to moja energia!

Cyklicznie na łamach Echa publikujemy relacje seniorek, seniorów z cyklu "Babciu, Dziadku opowiedz swoim wnuczętom" w myśl idei Papieża Franciszka, który w lipcu 2016 roku, w trakcie ŚDM w Krakowie zaapelował do młodych ludzi, aby odwiedzali swoich dziadków i babcie i poświęcili im swój czas. Nie wystarczy zadzwonić do nich od czasu od czasu pytając zdawkowo o zdrowie i jak leci, aby dowiedzieć się jak ciekawe historie mają do opowiedzenia. Dzisiaj z tego cyklu przedstawiamy rozmowę ze Zbigniewem Danielewskim, emerytowanym górnikiem.

ilustracja

Echo: - Tradycyjnie zapytam o dzieciństwo. Nie było zapewne łatwe, przypadło na czasy wojny i okres tuz po niej…

Zbigniew Danielewski: - Urodziłem się w Warszawie na Żoliborzu w czasie II wojny światowej. Ojciec Leon działał w Armii Krajowej na terenie stolicy, mama Franciszka wychowywała dzieci - mnie i trzy siostry. Byłem zbyt małym dzieckiem, więc wojny nie pamiętam, ale pozostała mi pamiątka z jej ostatnich dni. Do kamienicy, w której mieszkaliśmy wpadł pocisk artyleryjski, który wywołał wstrząs psychiczny u mieszkańców. Niektórym „zdębiały włosy”. Ja natomiast zacząłem się jąkać.

Po zakończeniu wojny ojciec w obawie przed represjami wyjechał na Ziemie Odzyskane ściągając nas z Warszawy do Gorzowa Wielkopolskiego, gdzie zamieszkaliśmy w dużym, w pełni umeblowanym poniemieckim mieszkaniu. Było tam pianino, które zdecydowało o moim zainteresowaniu muzyką. Mimo dobrych warunków mieszkaniowych panował wszechobecny głód. Gdy nie było co wrzucić do garnka, chodziliśmy po kartofle do pobliskich PGR-ów. Nie chodziliśmy do przedszkola. Naszym miejscem do zabaw było podwórko. Musieliśmy z braku zabawek, sami

Sobie organizować czas. Chłopcy bawili się najczęściej w wojnę, a dziewczynki w szkołę. Czasem szyły sobie same lub z pomocą mamy, szmaciane lalki. Mama nauczyła się szyć na maszynie a ojciec robić buty dla całej rodziny. Trudno było je kupić w sklepie. Po wojnie, ponieważ tata miał przedwojenną maturę, która wiele znaczyła, dostał stanowisko kierownicze w tworzącej się w mieście Spółdzielni Rzemieślniczej.

Echo: - Dni na nowym mieszkaniu szybko mijały, kończyły się beztroskie lata dzieciństwa i nadszedł czas na szkołę?

Zbigniew Danielewski: - Tak, rozpocząłem 7-latkę w budynku, gdzie mieścił się kiedyś szpital. Klasy były bardzo liczne, miały po 40-50 uczniów. Czasem brakowało ławek i musieliśmy się ścieśniać. Moja wspaniała wychowawczyni sugerowała rodzicom, aby zapisali mnie do szkoły muzycznej, ale z powodu mojej wady wymowy zrezygnowali z tego. Poza tym rodzice byli zdania, że powinienem mieć konkretny zawód. Do IV klasy traktowałem szkołę „na wesoło”. Dopiero po otrzymaniu pierwszej „dwójki” z geografii zrozumiałem. że szkoła to nie laba. Po ukończeniu podstawówki chciałem dostać się do Liceum Ogólnokształcącego. Trzeba było zdać egzamin wstępny. Miałem wymienić przyimki, na których się wyłożyłem. Dano mi szansę na powtórkę we wrześniu, ale w wakacje złożyłem papiery do Technikum Chemicznego przy Zakładach Włókien Sztucznych „Stilon”. Produkowano tam także taśmy magnetofonowe, nad którymi nadzór mieli Rosjanie. Do technikum przyjeżdżali profesorowie z Politechniki Szczecińskiej. Wykładali w systemie akademickim. Trzeba było przysiąść i uczyć się. Maturę zdałem bez problemów.

Echo: - Myślał pan o podjęciu studiów?

Zbigniew Danielewski: - Tak, ale postanowiłem sobie zrobić roczną przerwę od nauki. Podjąłem pracę w Sanepidzie w Gorzowie Wielkopolskim. Zaczęło mi jednak grozić wojsko i… musiałem iść na studia.

Echo: - Co pan wybrał? Jaki kierunek?

Zbigniew Danielewski: - Zdecydowałem się na Wydział Chemii na Politechnice Szczecińskiej, gdzie pierwsze dwa lata „bomblowałem” ponieważ wystarczały mi wiadomości wyniesione z technikum. Gdy na IV roku dostałem „pałę” z elektryczności, która dla chemika była abstrakcją, zacząłem się zastanawiać co robić dalej? To była moja sprawa, czy skończę studia. Po maturze ojciec mi powiedział: „Synu, dałem Ci chleb-maturę. Jak chcesz mieć masełko, idź na studia, ale opłać je sobie sam”.

W czasie studiów więc pracowałem. Czyściłem w stoczni „zęzy” (dna statków), przetaczałem beczki ze śledziami ze statku na keję (nabrzeże portowe), malowałem kioski „Ruchu”. Jednym słowem robiłem prawie wszystko co było tylko można. Na III roku wstąpiłem do Chóru Akademickiego Politechniki Szczecińskiej i nauczyłem się śpiewać w chórze. Dyrygentem tam był mój przyszły szwagier, Jan Szyrocki, inżynier budownictwa studiujący jednocześnie u prof. Stuligrosza w Akademii Muzycznej w Poznaniu a potem na Królewskiej Akademii w Hadze i Wiedniu. Chór często wyjeżdżał na koncerty zagraniczne. Nasze paszporty były zdeponowane w Komitecie Wojewódzkim PZPR. Miałem wiele propozycji pozostania za granicą, ale nie skorzystałem.

Echo: - Jak się ułożyło pana życie po studiach? Związał je pan z muzyką czy z ukończonym kierunkiem?

Zbigniew Danielewski: - Po studiach wyjechałem na Śląsk i podjąłem pracę w tworzącym się Rybnickim Okręgu Węglowym na kopalni „Zofiówka” w Jastrzębiu Zdroju jako inspektor Kontroli Technicznej. Stopniowo awansowałem aż do głównego technologa przeróbki mechanicznej węgla.

W ciągu 36 lat swojej pracy w kopalni otrzymałem od władz resortowych, wojewódzkich i państwowych wiele odznaczeń. Jak mało kto otrzymałem od trzech kolejnych prezydentów Polski krzyże zasługi: brązowy w 1983 r od Lecha Wałęsy; srebrny w 1988 r. od Aleksandra Kwaśniewskiego i złoty w 2006 r. od Lecha Aleksandra Kaczyńskiego. W 1998 r. przeprowadziłem się do Tychów dojeżdżając jednocześnie do Jastrzębia Zdroju. W 2007 r. przeszedłem na emeryturę.

Echo: - NA emeryturze przyszedł czas na nudę?

Zbigniew Danielewski: - Ależ skąd. Teraz robię to co było i jest moją największą miłością. Zacząłem śpiewać w chórze „Pax et Bonum”. 15 lat temu, a po 5 latach od momentu przygody ze śpiewem założyłem z 15 - osobową grupą Stowarzyszenie Tyski Chór Mieszany Presto Cantabile, który świętuje swoje 10-lecie. Śpiewam także w chórze „Ogniwo” przy Filharmonii Śląskiej. To zabiera dużo czasu. Próby odbywają się dwa razy w tygodniu. Kocham śpiew chóralny i tym żyję. Z nadejściem wiosny zajęć jest jeszcze więcej - zaczyna się praca na działce i wycieczki rowerowe wokół Paprocan. Czasem gram z kolegami w skata. Gdy znajdę czas czytam beletrystykę. Ostatnio pochłania mnie Antoni Czechow „Święta noc i inne opowiadania”.

Echo: - Na koniec naszej rozmowy tradycyjne pytanie - co w pana życiu jest ważne?

Zbigniew Danielewski: - Dla mnie najważniejsza jest rodzina i kontakt z dziećmi, które na szczęście mieszkają w pobliżu. Bardzo ważny jest patriotyzm, a nie tylko dyskusja, czym on jest. Muzyka, śpiew chóralny, to moja energia napędowa. Nie wolno zapominać o zdrowiu. Jak jest zdrowie, to jest uśmiech na twarzy, a jak jest uśmiech, to jest radość życia. A muzyka łagodzi obyczaje i jest ponad granicami.

Echo: - Dziękując za rozmowę, życzę jak najwięcej wspaniałych muzycznych przygód.

Rozmawiała Danuta Wencel

Wywiad

ilustracja

Leszek Janz: - Życie jest piękne, jeśli się je naprawdę kocha

Cyklicznie na łamach Echa publikujemy relacje seniorek, seniorów z cyklu "Babciu, Dziadku opowiedz swoim wnuczętom" w myśl idei Papieża Franciszka, który w lipcu 2016 roku, w trakcie ŚDM w Krakowie zaapelował do młodych ludzi, aby odwiedzali swoich dziadków i babcie i poświęcili im swój czas. Nie wystarczy zadzwonić do nich od czasu od czasu pytając zdawkowo o zdrowie i jak leci, aby dowiedzieć się jak ciekawe historie mają do opowiedzenia. Dzisiaj z tego cyklu przedstawiamy rozmowę Danuty Wencel z Leszkiem Janzem, emerytowanym pracownikiem tyskiego „Fiata” .

więcej

Stare fotografie

ilustracja

Mąż wyrusza na wojnę

Maria Piekorz (1879-1951), szanowana akuszerka bojszowska z pierwszym mężem Grelą, który jako marynarz poległ na I wojnie światowej.

więcej

Pisaliśmy przed laty

ilustracja

Siedem lat z „Echem”

Zacznę od pewnej refleksji. To była szczęśliwa siódemka. Moje siedem lat pracy w redakcji „Echa” - czas zdobywania szlifów dziennikarskich i nieustających emocji. Dlatego zaproszenie redaktora naczelnego do napisania wspomnień przyjęłam ze wzruszeniem, ale też z niepokojem, czy potrafię odtworzyć z przeszłości coś istotnego...

więcej

Reportaż

ilustracja

W krainie baobabów i spacerujących lwów

Od pięciu lat Gambia, a od dwóch Senegal zniosły obowiązek wizowy dla obywateli Polski. Biura podróży wykorzystały ten fakt i zaczęły organizować egzotyczne wycieczki do dzikiej Afryki, oferując różne atrakcje, m.in. spacer z lwami, na który przymierzałam się w czasie ferii zimowych od trzech lat. W tym roku udało się!

więcej

Naszym tropem

ilustracja

Przeznaczona na deweloperkę?

Co dalej z budynkiem po SP 21?

Zamknięta od trzech lat szkoła przy ulicy Młodzieżowej 7 w Tychach wciąż stoi bezczynnie. Choć w budynku tkwi ogromny potencjał, nikt dotąd nie podjął jakichkolwiek kroków, by go wykorzystać.

więcej

Interwencje

ilustracja

Poniewierka na stare lata

Tychy • Eksmisja do baraków na ul. Świerkowej

więcej

Partnerzy