Sondaż publiczny

Czy potrafisz udzielić pierwszej pomocy?

Reportaż

W krainie baobabów i spacerujących lwów

Od pięciu lat Gambia, a od dwóch Senegal zniosły obowiązek wizowy dla obywateli Polski. Biura podróży wykorzystały ten fakt i zaczęły organizować egzotyczne wycieczki do dzikiej Afryki, oferując różne atrakcje, m.in. spacer z lwami, na który przymierzałam się w czasie ferii zimowych od trzech lat. W tym roku udało się!

ilustracja

Razem z koleżanką Lucyną Banasik wykorzystałyśmy Happy hours i za śmieszną kwotę ruszyłyśmy w nieznane. Po 9 godzinach lotu wylądowaliśmy wieczorem w Bandjul, (Bandżul) stolicy najmniejszego
z 54 krajów Afryki, Gambii, na międzynarodowym lotnisku, którego 3600-metrowa droga startowa była w latach 1990-2002 jednym z awaryjnych miejsc lądowania dla amerykańskich promów kosmicznych.
Po sprawnej odprawie paszportowej udałyśmy się do naszego minibusa, w którym przywitała nas polska przewodniczka Patrycja, prosząc, abyśmy zrozumieli, że jesteśmy w prawdziwej Afryce i mieli oczy szeroko otwarte.
Lokalny przewodnik Mbake powitał nas w języku plemienia Mandika. Domandim (powoli), no problem, no stres (nie ma problemu, nie ma stresu), czyli po prostu wyluzuj - było jego ulubionym powiedzeniem.


Wy macie zegarki, my mamy czas…
Wojtek Jaszczyk, nasz przewodnik po Gambii i Senegalu, dodał, że Gambijczycy nauczyli go jednej zasady: „W Europie macie zegarki, my „mamy czas”. Można się o tym przekonać na każdym kroku.
Dotarliśmy w końcu do rządowego hotelu Laico Atlantico, który oferował wszystko: piękne pokoje
 z widokiem na ocean z trochę zimną o tej porze wodą, jacuzzi koło basenu, miłą obsługę, wspaniałą kuchnię i komary, które czując świeżą krew, atakowały nas ze wszystkich stron, mimo że spryskaliśmy się repelentami ze środkiem DEET i zawiesiliśmy moskitiery nad łóżkiem. Jak im się nie dało ukuć, to robiły taki alarm, że trudno było zmrużyć oko. Niestety są niebezpieczne, bo, mimo że nie są wymagane żadne szczepienia, można zachorować na malarię.


Sok z baobabu
Pierwszego dnia przeznaczonego na odpoczynek witamy się z morzem. Od razu pojawia się muzułmanin Lamin z pieskiem,
u którego musieliśmy wypić na plaży sok z jednego ze świętych drzew baobabu, który oprócz bogatego źródła witamin dobry jest ponoć na żołądek i nie tylko.
Robi się go bardzo prosto: rozbija owoc, przypominający mysz, na połowę, kruszy na małe kawałki miąższ, wrzuca do butelki, zalewa wodą, potrząsa i napój gotowy. Potem dołącza do nas John Gomez, katolik, który pokazuje nam rezydencję prezydenta.
- Prowadzę małą farmę bananową w pobliskiej wiosce i szukam sponsora - zagaduje.


Każda ma swojego „anioła stróża”
Już pierwszego dnia zrozumiałam, że „plagą” w Gambii nie będą komary, tylko ciekawi białych kobiet Gambijczycy, którzy będą nas witać szerokim uśmiechem „how are you”, opowiadać, że jesteśmy piękne, a potem będą iść obok „księżniczek” lub za nami, licząc na jakiś prezencik lub kilka „dalasi” (1 USD - 47 dalasi). Będą nas namawiać, by kupić od nich butelkę wody za 5 dalasi lub miskę ryżu za 10, przy okazji ofiarując pomoc przy zakupach lub przejściu przez ulicę, na których kierowcy są panami. (W całym mieście są jedne światła na skrzyżowaniu, założone 20 lat temu, a poza tym obowiązuje prawo buszu).
Na tych swoistych „aniołów stróżów” nie było żadnego lekarstwa. Trzeba było ich polubić, tolerować, rozmawiać, zostawiać nr telefonu, gdyż dla każdego z nich biała kobieta z paszportem może być szansą na wyjazd z kraju, w którym jest 65 % analfabetów, a roczny dochód jak się ma pracę wynosi od 300 -450 USD. Gdy się budzą w swojej chatce, widzą każdego ranka to samo, często aż do śmierci.
Młodzi mężczyźni świetnie mówią po angielsku. W dalszym ciągu jest to bowiem język urzędowy w tej byłej kolonii angielskiej. Nie wiedzą, gdzie leży Polska, ale wiedzą, kto to jest Lewandowski, Szczęsny, Milik i Piszczek.

Zwiedzanie Bandżul
Po jednodniowym „odpoczynku” i aklimatyzacji wyruszyliśmy na zwiedzanie stolicy, założonej
w 1816 roku placówki wojskowej, która miała pilnować przestrzegania wprowadzonego wcześniej zakazu niewolnictwa. Nosiła ona wówczas nazwę Bathurst, od nazwiska ministra ds. kolonii, hrabiego Bathursta. 18 lutego 1965 roku miasto stało się stolicą niepodległej Gambii, a 24 kwietnia 1973 roku starą kolonialną nazwę Bathurst zmieniono na Bandżul, co oznacza bambus.
Minęliśmy szpital, przed którym pacjenci leżeli lub siedzieli na ziemi, oczekując na przyjęcie, anglikański kościół św. Marii. Dotarliśmy do katolickiej katedry pw. Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny, gdzie akurat trwała msza i w której 22.07.1994 roku gościł papież Jan Paweł II.
Zatrzymaliśmy się na chwilę przy Arce (Łuku 22 lipca), skąd rozpościera się wspaniały widok na miasto. Zwiedziliśmy Muzeum Narodowe, poznając troszeczkę historię Gambii. Później trafiliśmy na pełen życia, kolorowy, afrykański targ – Albert Market, na którym handel i wymiana towarów trwa przez cały czas. Ciągle pojawiają się świeże produkty: owoce, ryby, skóry, meble, koraliki, ubrania, buty, kosmetyki i wszystkie artykuły codziennego użytku.
„Ale Meksyk” - myślałam po cichu, gdy w towarzystwie Alphy Tunkary krążyłam w czasie wolnym od stoiska do stoiska, znosząc różnorodne zapachy lub po prostu smród z ryb lub mięsa.


Pieniądze w Gambii śmierdzą
Mówi się, że pieniądze nie śmierdzą. W Gambii nie tylko śmierdzą, ale wprost cuchną i trzeba je zamykać w plastikowym woreczku i myć często ręce, bo ponoć nie ma już eboli, ale czasami ukazują się plakaty nawołujące do mycia rąk. This is Afrika!
Opuszczamy stolicę i przejeżdżamy przez leżące 20 km dalej przez największe miasto Gambii, ponad 300–tysięczną Serrekunde, miejscowość turystyczną. Odwiedzamy miejscowość Bakau, gdzie znajduje się święte miejsce Kachikali – sadzawka z krokodylami, które można pogłaskać i zrobić sobie zdjęcie. Te nakarmione gady naprawdę nie są groźne.
Następnego dnia czeka nas wyprawa do rezerwatu przyrody Makasuty, który został założony przez 2 Brytyjczyków w celu ochrony piękna przyrody gambijskiej. Podczas spaceru po świętym lesie mieliśmy okazję poznać drzewa i krzewy (mango, puchowiec pięciopręcikowy, bambus) oraz ich przydatność do celów leczniczych.
Przyroda ma sposób na wszystko. Gdy ukąsi wąż, Afrykańczyk biegnie do lasu, zje jakieś listki i żyje dalej. W przypadku złamań, specjaliści potrafią poukładać kostki, że założenie gipsu nie zrobi tego lepiej. Mango leczy m.in. ból zębów.
Pływamy „pirogami”, wyciętymi z drzewa łodziami, z których podziwialiśmy namorzynowe zarośla i przyklejone do nich ostrygi. Poznaliśmy również sposób pozyskiwania soku palmowego, z którego produkowane jest wino. Po degustacji tego specjału niektórzy uczestnicy naszej wycieczki spróbowali swoich sił we wspinaczce na palmę.


Marabout rozwiąże każdy problem
Dotarliśmy też do miejscowego marabouta (szamana), który za niewielką opłatą znajduje rozwiązanie dla wszystkich problemów. Marabouci to bardzo ważne osoby w życiu każdego Gambijczyka.  Oprócz sprzedaży juju (amuletów) zajmują się całą masą innych spraw. Mogą wyleczyć wiele chorób przy użyciu lokalnych specyfików i magii, bezboleśnie wywołują miesiączkę (w kraju, gdzie aborcja jest zakazana), a także rzucają uroki.
Z dziennikarskiej ciekawości udałam się na rozmowę z szamanem, którego twarzy nie mogłam zobaczyć. Z pomocą lusterka oglądał moją rękę, a potem z pomocą tłumacza przekazał mi same dobre wieści, m.in., że w podróży mam anioła stróża i niczego mam się nie bać.
Tego mi było potrzeba. Na szczęście nie dostałam żadnego juju (DżuDżu), który trzeba nosić przez jakiś czas i nie wolno oddać nikomu. Wracaliśmy lasem w towarzystwie małp makaki do restauracji,
 w której zjedliśmy lunch „oko w oko” z małpami, które potrafią jeść łyżką z talerza i pić colę przez słomkę. Spróbowaliśmy też piwa Joel Brew z browaru w Banjul.

Kolejny, już trzeci dzień pobytu w Afryce upłynął na rejsie rzeką Gambią, która ma 1300 km długości i 30- 40 km szerokości w niektórych miejscach. Na wyspę Kunta Kinteh, zwaną „James Island”, która w XVII wieku była Kolonią Kurlandzką a od 2003 roku wraz z fortem Jamesa znajduje się na liście UNESCO, przeprawiliśmy się łódką.
Na Kunta Kinteh znajdują się ruiny fortu, w którym przetrzymywani byli niewolnicy zanim wyruszyli do nowego świata. Dziennie przerzucano ich 300 do leżącego na przeciwko portowego miasta Albreda, punktu handlowego z epoki niewolnictwa, gdzie obecnie znajdują się pomnik postaci zrywającej kajdany i flaga wolności.
W pobliżu pomnika stoi drzewo słoniowate, pod którym odbywa się obrzezanie 14–letnich chłopców. Obrzezanie dziewczynek odbywa się tylko w tradycyjnych środowiskach, które uważają, że kobieta rodzi się obojnakiem.


Pod obstawą policjantów

Pod obstawą policjantów i „griota” (poety – śpiewaka) ruszamy do wioski Juffreh, skąd pochodził Kunta Kinteh, główny bohater serialu „Korzenie” według powieści jego potomka Aleksa Haleya. Po drodze mijamy szkołę pielęgniarek, gdzie uczniowie ustawieni w rządku witają nas powtarzając jak mantrę „Wellcome”. Zostawiamy tam ołówki i zeszyty oraz cukierki, chociaż przewodnik ostrzega przed konsekwencjami – popsutymi zębami, których leczenie drogo kosztuje.
Po powitaniu przez najstarszą kobietę wioski Tako Tari ruszyliśmy do domu Kunta Kinteh, w którym mieszkają jego potomkinie Mama i Mariana. Zwiedzamy też Muzeum niewolnictwa z wystawą „The voyage of no return” (Podróż bez powrotu). Stąd przecież wywieziono do Ameryki około 15 mln Afrykańczyków do pracy na plantacjach bawełny i tytoniu, których los tam nie był godny pozazdroszczenia.


Przed nami Senegal

Pod wieczór ruszamy w stronę Senegalu. Stoimy na granicy, zostawiając odciski palców i próbując uwolnić się od ataku dziewczyn z misami na głowie pełnymi orzeszków nerkowych i pomarańczy. Podczas, gdy nasz lokalny przewodnik próbuje przekupić celników, bo nie wszyscy mają żółte książeczki, dokonujemy w busie wymiany pieniędzy na senegalskie franki CFA (Coopération Financière en Afrique - to jednostka monetarna używana w niektórych krajach centralnej Afryki od 1974 roku). Trzeba także pamiętać, że do 1960 roku Senegal był kolonią francuską.
Zatrzymujemy się na nocleg w hotelu w Toubacoucie, w dorzeczu rzeki Saloum, nad którą podziwiamy piękny zachód słońca. Po francuskim śniadaniu jedziemy do parku Fathala na największą atrakcję regionu, którą można przeżyć w pięciu miejscach świata.


Tête-à-tête z lwami

W parku Fathala można obcować „twarzą w twarz” z oswojonymi dorosłymi królami zwierząt - lwami.
Po pouczeniu jak się zachowywać - nie wolno mieć okularów na nosie i patrzeć im w oczy - ruszamy pod czujnym okiem opiekunów na spacer z dwoma lwicami Masają i Tigrą. Od czasu do czasu zatrzymujemy się na sesje zdjęciowe.
Szybko mija ekscytująca godzina. Po niej kolejna przygoda –safari, podczas którego widzieliśmy rzadko spotykaną traszkę senegalską i orła oraz cały komplet zwierząt żyjących w naturalnym środowisku: nosorożce, zebry, antylopy, guźca, gerezy rude, koczkodany zielone, żyrafy, a także wiele gatunków ptaków zamieszkujących drzewa mahoniowe, z których zrobiona papka leczy choroby skóry.


Wyspa Baobabów

Po lunchu i spacerze po wiosce, gdzie zakupiliśmy oryginalną kawę z pieprzem Touba, udaliśmy się pirogami do jednej z odnóg rzeki Saloum na słynącą z wiekowych drzew Wyspę Baobabów, skąd roztacza się piękna panorama na rzekę.
Podczas spaceru lokalny przewodnik zrobił nam sok z owoców tych potężnych drzew. W promieniach zachodzącego słońca wracaliśmy do hotelu na kolację, gdzie zaserwowano rybę barrakudę. Palce lizać!
Następnego dnia odwiedziliśmy wioskę senegalską z typowymi domkami. Powitał nas ojciec 9 dzieci i 14 wnucząt potomek Kunta Kinteha, który zajmował jeden domek, jego żona z dziećmi drugi, a na środku podwórka stała mała kuchnia. Żegnały nas tłumy dzieci, które zbiegły się z całej wioski.
Bez problemów przekraczamy granicę i udajemy się do szkoły St. Michels Lower Basic School w Njongon, prowadzonej przez misjonarzy. Tutaj wręczam dyrektorowi Johnowi O. Mendy nasz tyski tygodnik „Echo”. Zostawiamy też ołówki, zeszyty, plecaki i odzież.


Jesteśmy egzotyczni

W szkole uczy się ponad 600 dzieci. Niektóre muszą codziennie, aby móc się uczyć, przemierzyć prawie 10 kilometrów. Rodzice też muszą kupić dziecku mundurek i zapłacić za jeden posiłek, co wcale nie jest takie łatwe dla ubogich Afrykańczyków.
Dzieciaki bardzo przeżywają nasze odwiedziny. Chętnie się fotografują. Jako jedna z ostatnich próbuję dostać się do pojazdu, którym podróżujemy. Każde z dzieci chce mnie dotknąć, złapać za rękę. Jedno mnie nawet ugryzło. Biała kobieta, zwana przez nich tuba, rzadko pojawia się w ich szkole. Jesteśmy dla nich taką egzotyką jak dla nas lwy, które spotkaliśmy w parku Fathala.
Zmęczeni wrażeniami wracamy do hotelu Laico Atlantico, mijając po drodze biedne szare wioski, po których kręcą się ubrani w kolorowe szaty mieszkańcy. Ciągną wodę ze studni, piorą lub siedzą w cieniu drzewa i rozmawiają. Gdy nasz autobusik zwalnia, to znaczy, że na drodze pojawiają się krowy, kozy lub osły, które same się pasą i znają drogę do domu.


Dzikie dorzecze Gambii

Ostatni dzień objazdówki był ciężki. Jechaliśmy ponad 3 godziny, aby dotrzeć do Parku Wodnego Kiang West National Park, najbardziej dzikiego dorzecza Gambii. Jest ono domem wielu niezwykłych zwierząt: hipopotamów, delfinów i krokodyli. Jeden z nich przemknął obok naszej łodzi. Nasz kapitan, 25-letni Egrima Carnaku, sprawnie manewrując, go ominął. Zapewniał, że tamtejsze krokodyle nie są groźne dla ludzi, bo mają dość pożywienia.
Uspokojeni podziwialiśmy wśród wiecznie zielonych namorzynowych lasów kolejne ptaki: czaplę białą, siwą i rzeczną, zimorodka, kormorany, pelikany, astryldy. Pojawił się nawet snake bird, czyli pływający tuż pod powierzchnią wody wężowiec. Żyjące w wodach Gambii ryby, małże, kraby czy ostrygi stanowią dla wielu zwierząt pożywienie i są ogromną spiżarnią dla miejscowej ludności.


Posmakować zumzum

W drodze powrotnej zatrzymujemy się w jakiejś wiosce. Mbake ruszył po niespodziankę, którą był zumzum, bimber na bazie owoców
z orzechów nerkowców. Po degustacji nasz polski przewodnik oznajmił, że spróbowaliśmy Świętej Trójcy gambijskiej: piwa Joel Brew, wina palmowego i zumzum.
Wieczór spędziliśmy na kolacji w restauracji Baobab przy energetycznych występach z udziałem tradycyjnych bębnów i saksofonu. Był to bardzo intensywny tydzień, po którym miałam nadzieje odpocząć, ale wokół tyle się działo, że o wylegiwaniu się nie było mowy. W niedzielę bowiem odbył się w katedrze ingres pierwszego od 60 lat ciemnoskórego biskupa. Msza trwała tylko… 4 godziny.
Nie mogłam też sobie odmówić udziału w weselu katoliczki z muzułmaninem, czy przyjęciu urodzinowym albo zaproszenia do domu młodego artysty na ceremonię parzenia herbatki Ataja… O tym jednak za tydzień.
 
Danuta WENCEL

 

 

Wywiad

ilustracja

Tychy stały się piękne, kolorowe, tętniące życiem

„Jeśli chcesz być nadzieją przyszłości, musisz przejąć pochodnię od swojego dziadka i babci” - powiedział papież Franciszek podczas Światowych Dni Młodzieży w Polsce w lipcu 2016 roku. W myśl tych słów na łamach Echa cyklicznie publikujemy relacje seniorek, seniorów z cyklu "Babciu, Dziadku opowiedz swoim wnuczętom". Nie wystarczy bowiem zadzwonić tylko do nich od czasu do czasu, pytając zdawkowo o zdrowie i jak leci, aby dowiedzieć się, jak ciekawe historie mają do opowiedzenia. Dzisiaj z tego cyklu przedstawiamy rozmowę Danuty Wencel z mającą 95 lat tyszanką - Lidią Draga.

więcej

Stare fotografie

ilustracja

Mąż wyrusza na wojnę

Maria Piekorz (1879-1951), szanowana akuszerka bojszowska z pierwszym mężem Grelą, który jako marynarz poległ na I wojnie światowej.

więcej

Pisaliśmy przed laty

ilustracja

Siedem lat z „Echem”

Zacznę od pewnej refleksji. To była szczęśliwa siódemka. Moje siedem lat pracy w redakcji „Echa” - czas zdobywania szlifów dziennikarskich i nieustających emocji. Dlatego zaproszenie redaktora naczelnego do napisania wspomnień przyjęłam ze wzruszeniem, ale też z niepokojem, czy potrafię odtworzyć z przeszłości coś istotnego...

więcej

Reportaż

ilustracja

W krainie baobabów i spacerujących lwów

Od pięciu lat Gambia, a od dwóch Senegal zniosły obowiązek wizowy dla obywateli Polski. Biura podróży wykorzystały ten fakt i zaczęły organizować egzotyczne wycieczki do dzikiej Afryki, oferując różne atrakcje, m.in. spacer z lwami, na który przymierzałam się w czasie ferii zimowych od trzech lat. W tym roku udało się!

więcej

Naszym tropem

ilustracja

Przeznaczona na deweloperkę?

Co dalej z budynkiem po SP 21?

Zamknięta od trzech lat szkoła przy ulicy Młodzieżowej 7 w Tychach wciąż stoi bezczynnie. Choć w budynku tkwi ogromny potencjał, nikt dotąd nie podjął jakichkolwiek kroków, by go wykorzystać.

więcej

Interwencje

ilustracja

Poniewierka na stare lata

Tychy • Eksmisja do baraków na ul. Świerkowej

więcej

Partnerzy