Nie siedź w domu

Sondaż publiczny

Frekwencja podczas wyborów samorządowych wyniesie

Echo historii

Wrzesień '39 w naszej okolicy

Autentyczne wspomnienia Ślązaków z września 1939 roku, a nie opracowania historyków. Prawdę powiedziawszy, znacznie się od tych opracowań różnią. I chyba warto spojrzeć na wrzesień 1939 roku ich oczami. Wtedy łatwiej zrozumieć, że dla mieszkańców województwa śląskiego wkroczenie Niemców było czymś zupełnie innym, niż dla reszty mieszkańców Polski. Warto ją przeczytać, by zrozumieć, jak złożona jest śląska historia. I jak inna od choćby warszawskiej.

ilustracja

Na temat września 1939 roku na Śląsku napisano wiele. Mówi o tym autor jednej z książek o tych wydarzeniach, Damian Fierla, tyski historyk i radny. Jednak poza pracami historyków są też wspomnienia. Marian Kulik – dziennikarz z Czerwionki-Leszczyn – rozpoczął w 2011 roku poszukiwania osób, które te czasy jeszcze pamiętają. Nie było to łatwe, bo przecież niemal wszyscy, którzy w 1939 roku byli choćby nastolatkami, zbliżali się już do dziewięćdziesiątki. Niemniej kilkadziesiąt takich osób Kulik odnalazł. Można powiedzieć, że w ostatniej
chwili, bo dziś z tych kilkudziesięciu żyją już tylko trzy. Część z tych opowieści znalazła się w jego książce „Gott mit uns – ostatni żołnierze (wspomnienia Ślązaków z armii III Rzeszy)”. Za zgodą Mariana Kulika publikujemy te fragmenty książki, które dotyczą pierwszych dni września, a opowiedzieli je mieszkańcy terenów, które „Echo” obejmuje swoim zasięgiem. Uzupełniliśmy je wspomnieniami 102-letniego Jana Norka z Bierunia. To autentyczne wspomnienia Ślązaków z tych czasów, a nie opracowania historyków. Prawdę powiedziawszy, znacznie się od tych opracowań różnią. I chyba warto spojrzeć na wrzesień 1939 roku ich oczami. Wtedy łatwiej zrozumieć, że dla mieszkańców województwa śląskiego wkroczenie Niemców było czymś zupełnie innym, niż dla reszty mieszkańców Polski. Warto ją przeczytać, by zrozumieć, jak złożona jest śląska historia. I jak inna od choćby warszawskiej.

Henryk Długaj - Paniówki

Po skończeniu szkoły, większość młodych chłopców od razu zderzała się z betonową ścianą bezrobocia, które było plagą i przekleństwem dla młodzieży. Nie było żadnych mądrych projektów dotyczących szkolnictwa zawodowego czy zwykłego przyuczenia do zawodu, nie mówiąc już o jakiejś edukacji ogólnokształcącej. Całe szkolnictwo ponadpodstawowe, które istniało było rachityczne i obowiązkowo płatne, co stwarzało blokadę nie do przeskoczenia dla tych najbardziej potrzebujących oraz najliczniej reprezentowanych w ówczesnym społeczeństwie, czyli dzieci i młodzieży z rodzin wielodzietnych i takich familii, gdzie bezrobocie stało się już dziedziczne. Te środowiska miały szansę co najwyżej nauki na poziomie podstawowym, czyli takim, które ci wiele nie gwarantował, oprócz tego, że nie stawiałeś krzyżyka, tylko potrafiłeś się podpisać na liście pobierających przysługującą bezrobotnym zapomogę z gminy - 5 złotych tygodniowo. Dorośli mówili, że parę kilometrów dalej, w Niemcach, jest całkiem inaczej.

Dla człowieka, szczególnie młodego, nie ma sytuacji bez wyjścia. W czasach mojej młodości taką ostateczną furtką stały się biedaszyby, do których zaczęły ściągać rzesze dzieci i młodzieży. Od razu można było ich poznać, bo chodzili wiecznie umorusani węglem. Było to zajęcie przynoszące jakieś pieniądze, ale ta robota w żadnym stopniu nie prowadziła do rozwoju niezbędnego młodemu człowiekowi w dalszym życiu, tylko jeszcze zawężała jego horyzonty umysłowe, rzeźbiąc z nich prymitywnych kopaczy.

Starsi chłopcy mieli jeszcze inne wyjście - pojechać na niemiecką stronę, do pracy w kopalniach Bytomia, Zabrza czy Gliwic, gdzie po rewolucji narodowo-socjalistycznej roboty było więcej, niż rąk do pracy. Tacy - jak przyjeżdżali do domu - też od razu rzucali się w oczy: ubrani w dobrze skrojone ancugi, w których wolniutko paradowali na wyglansowanych nowiutkich rowerach, które u nas były szczytem marzeń każdego młodego chłopaka.

Natomiast państwo polskie nie szczędziło - i to wcale niemałych - środków pieniężnych na tworzenie czy współfinansowanie różnych organizacji jak Związek Powstańców Śląskich (…) czy Ochotnicza Młodzież Powstańcza (…). Każda tego typu organizacja posiadała swoje sztandary, mundury i inne gadżety o wymowie patriotyczno-kombatanckiej, w których paradowała podczas różnych świąt, festynów, capstrzyków, na których zawsze zadbano o poczęstunek i wypitek dla członków organizacji. Na co ja i moi koledzy mogliśmy tylko patrzeć przez sztachety w płocie i snuć naiwne refleksje, jak dobrze być starym powstańcem, wtedy nie musisz się o nic martwić, zostaniesz ubrany, nakarmiony - wszystko za darmo.

(We wrześniu 1939 roku – przyp.red.) wydarzył się ciekawa incydent. Mianowicie wybuchła wojna! I nagle granica zniknęła. Dla kogoś, kto nie zna specyfiki śląskiej, te sprawy mogą być bardzo dziwaczne, ale dla mnie i tych co tu żyją od lat, 1 września 1939 roku był oczywistą oczywistością, nad którą się za bardzo nie zastanawiano, bo też nie bardzo było czego żałować, szczególnie gdy się było młodym, w Polsce bez roboty i perspektyw na przyszłość. A ci którzy byli starsi, to wspominali dobre lata tzw. starych Niemiec i też nie żałowali września 1939, oczekując powrotu do tamtych tłustych lat dobrobytu. A jeśli już chodzi o samych żołnierzy niemieckich, wkraczających na Górny Śląsk, to byli bardzo pozytywnie nastawieni do Ślązaków, zresztą większość była takimi samymi Ślązakami jak my, tylko z tamtej strony granicy. Mówili i myśleli tak samo jak my, od razu tworząc wzajemne ciepłe relacje, czego nie można było powiedzieć o wojsku polskim, gdzie większość stanowili ludzie obcy mentalnie, kulturowo, a bariera językowa też nie ułatwiała wzajemnego fraternizowania się między autochtonami a żołnierzami polskimi.

Ale nie wolno też zapominać o tych nielicznych Ślązakach, którzy z różnych powodów dali się uwieść państwowej propagandzie o mocarstwowości najjaśniejszej Rzeczypospolitej, wikłając się w bezproduktywne starcia z wkraczającym Wehrmachtem, co najczęściej dla tych nieszczęśników kończyło się tragiczną i bezsensowną śmiercią. Pamiętam naiwną wiarę tej pro-polskiej młodzieży w zapewnienia propagandzistów, że „jutro kolonialne wojsko francuskie wylądują na Muchowcu” i czekając na nich poszła w bój z przysłowiowym jednym nabojem, płacąc za to straszliwą daninę krwi.

Egon (Jerzy) Piecha - Orzesze

Ostatniego dnia sierpnia 1939 roku, jak zwykle wieczorem, wyruszyliśmy do lasu - do naszego dzień wcześniej otwartego biedaszybu. Ta noc była dziwna, bo oprócz nas zauważyłem tylko jedną grupę kopiących. Nie zjawił się też nasz odbiorca, co było niespotykane. Gdy zrobiło się już całkiem jasno, załadowaliśmy część węgla na tragacz (taczka drewniana) i ruszyliśmy w kierunku domu. Zaraz po wyjściu z lasu na drogę, pojawił się nie wiadomo skąd, znajomy ojca i widząc nas umorusanych węglem i spokojnie wiozących urobek, zaczął szybko mówić piskliwym głosem: „ chopy to wy nic niy wiycie!” a ojciec mu spokojnie odpowiedział „ a co momy wiedzieć?” „Dyć Niŷmce dzisio rano wleźli do Polski, bez toż momy wojna!”. Po tej hiobowej wieści ojciec (weteran spod Verdun - przyp. red.)) usiadł na węglu, zapalił fajkę i cicho powiedział „ juzaś wojna, juzaś bydom na ludzi tŷn pieroński gaz puszczali”.

Wojna, a wraz z nią nowe porządki, które zaprowadziła niemiecka władza, spowodowały, że ojciec otrzymał pracę na kolei, brat na kopalni, a mnie skierowano do pracy z przyuczeniem do zawodu ślusarza w Mikołowie. Poza tym wszyscy otrzymali kartki na żywność, i inne produkty, co spowodowało, że zaczęliśmy prowadzić życie stabilne, bez luksusów ale i też bez biedy. Dla naszej rodziny, dotychczas balansującej na granicy ubóstwa i pozbawionej jakichkolwiek perspektyw na przyszłość, nastanie Niemiec było błogosławieństwem. Wreszcie zrozumiałem nostalgię w głosie starszych, gdy mówili „za Niŷmca…”. Dla nas wojna na płaszczyźnie socjalno-bytowej była wybawieniem!

 

Paweł Kroczek - Dębieńsko

1 września 1939 roku już od wczesnych godzin rannych niebo pełne było huczących jak bąki samolotów. Mój starzīk, wychodząc z domu powiedział „ida obejrzeć te nasze polskie jaskołeczki”. Starzīk należał do tych naiwnych, którzy uwierzyli sanacyjnej propagandzie o potędze, i stał zdziwiony, że te jaskółeczki mają czarne krzyże na skrzydłach. Ze strachem wpadł do domu, mówiąc „pierona, chyba momy wojna, bo na niebie pełno fligrůw ze tuplowanymi krzīżami na krzīdłach ”.

Wojsko niemieckie podeszło do Dębieńska od strony Krywałdu, gdzie doszło do sporadycznych starć polskich oddziałów paramilitarnych z wkraczającymi Niemcami, w wyniku których został zastrzelony niejaki Bryłka. Z tego, co wiem, w Dębieńsku również próbowano strzelać do wkraczającego Wehrmachtu, i to z wieży kościelnej. Ale stanowcza i zdecydowana postawa farorza spowodowała, że działający na własna rękę samozwańczy cywilni obrońcy, których było raptem trzech, musieli się wynieść I tak, dzięki trzeźwej postawie księdza nasza starożytna świątynia nie stała się kupą gruzu i stoi do dzisiaj

 

Ludwik Loska - Kostuchna (obecnie dzielnica Katowic)

Urodziłem się 23 kwietnia 1920 roku. Tu, w Zarzeczu, wówczas wiosce gminy Kostuchna, a dziś dzielnicy Katowic, w tym samym domu, gdzie mieszkam do dzisiaj. Nasza rodzina odbiegała nieco od standardów przyjętych w tamtych czasach, bo była nas tylko trojka, oprócz mnie jeszcze dwie młodsze siostry, co już w pewnym stopniu, stawiało mnie w uprzywilejowanej pozycji w stosunku do innych kolegów czy koleżanek, gdzie ilość dzieci, dochodziła nierzadko do dziesiątki.

Poza tym ojciec był gyszeftman (przedsiębiorca), zaopatrujący okoliczne kopalnie w elementy drewniane, wykorzystywane w narzędziach górniczych, a oprócz tego, mieliśmy niewielkie gospodarstwo, z krowami i końmi. Zatrudnialiśmy na stałe siedemnastu pracowników, czasem – gdy pracy było sporo - więcej. Mówili o nas, że jesteśmy „zabrani”, co po śląsku znaczy „bogaci”. I chyba rzeczywiście byliśmy.

Dlatego od dzieciństwa moje życie toczyło się inaczej, niż większości rówieśników z Zarzecza. W wieku 6 lat zostałem wysłany do prywatnej szkoły powszechnej z dwoma językami wykładowymi (polski i niemiecki), w Mikołowie na plantach. Po czterech latach był egzamin, który wypadł mi bardzo dobrze i zostałem zapisany na kolejne cztery lata do niemieckiej (nowo otwartej w 1930 roku) szkoły mniejszościowej. Nie chodziło o to, że jesteśmy Niemcami, w szkołach mniejszościowych był po prostu wyższy poziom, i więcej dzieci z „dobrych rodzin”. Potem jeszcze było gimnazjum, po którym chodziłem na kursy bankowości, na Plebiscytową w Katowicach. A po zakończeniu wszystkich nauk, pracowałem aż do wojny w naszej rodzinnej firmie. Z założenia, jako jedyny syn, byłem jej spadkobiercą.

Byłem więc człowiekiem nie tylko zamożnym ale i dobrze wykształconym, prawdziwym śląskim inteligentem, władającym polskim i niemieckim, a po śląsku też oczywiście mówić umiałem (…) .

Gdy miałem 13 lat na Śląsk zawitał kryzys, od razu nastąpiła recesja, zamówienia od kopalń gwałtownie zmalały, trzeba było zwalniać robotników, a co za tym idzie zaczęło się szerzyć masowe bezrobocie - prawdziwa plaga XX wieku, potrafiąca zniszczyć nawet najbardziej kwitnące społeczeństwo. Ojciec wtedy wspominał „tyn czas je taki som, jak przed tymi pierońskimi awanturami (powstaniami śląskimi – przyp. aut.), kiej naszego ŏjca te chachary zabili”.

Mój dziadek miał wodny młyn i przez to był postrzegany, jako zamożniejszy od innych, dlatego akurat do niego trafiła bojówka tzw. powstańców, ściągająca kontrybucje potrzebną na zakup broni. A że nasz dziadek oponował i nie chciał łożyć na żadną broń - został ograbiony, zbity, a na koniec zastrzelony, osierocając żonę z dziesiątką dzieci. Dlatego mój ojciec nigdy nie powiedział dobrego słowa o powstaniach śląskich.

Akurat w naszej rodzinie kryzys gospodarczy nie dokonał takiego spustoszenia. Po prostu my musieliśmy zbiednieć znacznie bardziej niż inni, by doznać głodu wyniszczającego fizycznie. Do tego nie doszło, choć standard życia spadł i nam. Pewna poprawa koniunktury nastąpiła w 1936 roku i od razu ludzie stali się bardziej weseli, już mniej szarzy, więcej skorzy do śmiechu i zabawy, co było widać po mnożących się wszędzie festynach i zabawach na wolnym powietrzu, gdzie ludzie szukali ucieczki od codziennych trosk. Trosk zaś przybywało, bo przecież było widać, że zbliża się wojna.

Radio grało po całych dniach, a gazety czytałem na bieżąco - a to właśnie głownie w nich podkręcano atmosferę wzajemnych polsko-niemieckich oskarżeń i gróźb. Ludzie na początku nie zwracali uwagi na tą grę słów, ale gdy zaczęto przebąkiwać o mobilizacji, od razu zrobiło się bardzo nerwowo. Miałem wtedy 19 lat, to bardziej interesowały mnie zolyty i zabawy, niż ciężka atmosfera polityczna i dopiero kiedy zaczęła krążyć kolejna, dla naszej firmy hiobowa informacja, że będą konie rekwirować, już wiedziałem, że idzie ku złemu.

Dosłownie parę dni przed wybuchem wojny, można było zauważyć wzmożoną aktywność wojska i policji, oraz dawały się słyszeć odległe pojedyncze strzały karabinowe. Były to prawdopodobnie odgłosy starć z Freikorpsami.

1 września 1939 roku, już od bardzo wczesnego rana, kręciło się wokół pełno wojska, które przyniosło ze sobą informację o wybuchu wojny, oraz wykorzystując fakt, że mieliśmy telefon (katowicki nr 21363) urządziło sobie w naszej chałupie centralę telefoniczną. Odgłosy wystrzałów było słychać z różnych kierunków i już nie pojedyncze, lecz prawdziwą kanonadę. Oraz pomruk samolotów, lecących bardzo wysoko z południowego wschodu na zachód. Podejrzewam, że to były niemieckie bombowce, wracające do Gliwic z nalotów na Kraków. Krótko przed południem, ojciec mnie zawołał i mówi: jedź do Mikołowa i popłać wszystkie zaległe płatności, bo wojna wojną, a nie uregulowanych należności ci nikt potem nie daruje.

W Mikołowie już wszystkie urzędy państwowe, sklepy i domy żydowskie były opuszczone i pozamykane, a wieczorem ewakuowano wszystkich policjantów. Tak po cichu, bez rozgłosu, wbrew prężonym muskułom i opowieściom, że nie oddamy nawet guzika, odeszła II Rzeczpospolita Polska z Mikołowa.

2 września (sobota) - bateria polskiej artylerii, która miała stanowiska nie więcej, jak pięćset metrów od naszego domu, oddała cztery salwy, a wiem na pewno, że cztery, bo je dokładnie liczyłem. Jakiś czas jeszcze chodziłem otumaniony hukiem, który był porażający dla kogoś, kto pierwszy raz słyszał coś podobnego. Po tej salwie, działa zostały zdemontowane i odtransportowane, a nam, czyli mnie i ojcu, rozkazano nasze konie odprowadzić do Pszczyny.

Dostosowując się do otrzymanych rozkazów, ruszyliśmy z naszymi końmi w wyznaczonym kierunku. Jednak krótko przed Pszczyną, trafiliśmy na potraconego oficerka, który nas przekierował do Bierunia Starego. W Bieruniu ojciec poszedł na posterunek policji, żeby się zorientować, co dalej robić, a po chwili wyszedł w towarzystwie komendanta, który powiedział: „widzicie chopy sami, jaki je bajzel, jedzcie najlepij do dom, bo inacyj to bydziecie jeździć ŏd Annasza do Kajfasza, aż wos kaj jeszcze fligry zbombardujom, abo postrzelom”. Do domu przyjechaliśmy po dziesiątej wieczorem i to z dużymi problemami, bo cała droga była zawalona polskim wojskiem, wycofującym się w kierunku wschodnim. Dopiero gdzieś po północy, wszystko się uspokoiło.

3 września (niedziela) - wcześnie rano obudził nas huk granatu, przez przypadek zdetonowany przez polskich maruderów, którzy niechlujni i zrezygnowani, snuli się grupami wzdłuż poboczy drogi. Około godziny 10 artyleria, ale już niemiecka, zaczęła ostrzeliwać skrzyżowanie dróg, biegnących w kierunku Piotrowic i Kostuchny, ale też tylko parę salw, po czym zrobiła się cisza. O godzinie 11 zadzwoniła moja narzeczona z Mikołowa z informacją: „u nas na rynku już biwakuje wojsko niemieckie”. Po tej wieści szybko wsiadłem na rower i pojechałem do Mikołowa.

Na rogatkach przed Mikołowem spotkałem dwóch żołnierzy niemieckich, których spytałem czy mogę dalej jechać, a oni początkowo byli wielce zdziwieni, że tak dobrze mówię po niemiecku, zapytali jeszcze gdzie jest wojsko polskie, a potem ze śmiechem powiedzieli: „jedź już do tej narzeczonej, bo ci jeszcze gdzieś odfrunie”.

W Mikołowie na rynku, było mnóstwo ludu cywilnego wymieszanego z wojskiem, które częstowano kawą i owocami. Wszystkie restauracje pootwierane, ludzie pili i cieszyli się jak na dożynkach, albo jakimś festynie. Cieszono się jak ze spotkania dawno nie widzianych krewnych.

Tam się też dowiedziałem, chyba od jakiegoś kolegi, że w Łaziskach zastrzelono dużą grupę cywilów, prawdopodobnie byłych powstańców, którzy wdali się w walkę z wkraczającym do miasta wojskiem niemieckim.

Dziś się dziwię ówczesnej mojej lekkomyślności, ale od razu popedałowem tam na rowerze. Między Dolnymi a Górnymi Łaziskami, na przylegającym do drogi rżysku, leżało gdzieś około dziesięciu zabitych mężczyzn, wszyscy w cywilnych ubraniach. Z daleka przypominali snopki zboża, chaotycznie rozrzucone po całym polu, miedzy którymi kręciły się dwie pochlipujące kobiety, a kawałek dalej, w rowie, były niedbale porzucone na kupę stare flinty i karabiny, którymi ci nieszczęśnicy chcieli zatrzymać Wehrmacht! „Guptasie jedne, zamiast w doma siedzieć i ŏ rodzina mieć starość, bo ich żodyn przeca z chałpy nie wyganioł, to się im strzylać do wojska zachciało i tera hań leżom, jak kloce drzewa, a baby i dziecka osierocone w doma płaczom” - taki komentarz, wypowiedziany przez jedną z kobiet, stojących przy drodze w kilku osobowej gromadzie, zapamiętałem.

Jadącego z powrotem, gdy już byłem w Łaziskach Górnych, nagle zatrzymał mnie jakiś oficer niemiecki i równocześnie zaczęto strzelać w naszym kierunku z domu przylegającego do kina. Od razu pojawiło się lekkie działko 37mm, z którego parę razy puknęli w kierunku okien, w których musiał mieć swoje stanowisko wrogi strzelec. Po chwili z rozbitych okien zaczęło się tlić, ale też już nikt z tego kierunku nie strzelał i mogłem spokojnie odjechać w kierunku domu. Tak się skończyła dla mnie przygoda wrześniowa.

Po wrześniu początkowo się nic nie zmieniło w moim osobistym życiu. Co nie znaczy, że nie zaobserwowałem zmian, które zaczęły coraz intensywniej następować wokół mnie. Najbardziej rzucał się w oczy absolutny brak Żydów, przedtem widocznych na każdym kroku. Pewnego razu, wczesną zimą jeszcze w 1939 roku spotkałem jednego z nich, chyba w Oświęcimiu, jak wyładowywał towar z ciężarówki. Był mocno przestraszony i za bardzo nie chciał ze mną rozmawiać, co wtedy mnie bardzo zdziwiło, bo znaliśmy się bardzo dobrze, gdyż był w moim wieku, a jego rodzina Nyjbel, miała duży, elegancki sklep w centrum Mikołowa, do którego wielokrotnie zaglądałem. Niewiele jednak wtedy o tym myślałem. Nikt przecież nie mógł nawet przypuścić, że III Rzesza wszystkich ich zabije. On jednak najwyraźniej obawiał się już wtedy i mnie.

 

Paweł Kołoczek - Chudów

Paweł mom na miano, chocia wdycki wszyjscy padali mi Paulek. W 1938 i 1939 roku mieszkołech w Polsce, w Chudowie, ale robiłech pora kilometrów dali, w Niymcach, we Hindenburgu. I doskonale wiedziołech, kiero tajla naszego hajmatu rozwijo sie lepij. Miołech fest żol, iże ta grenica niy boła pora kilometrów dali. Żal, że můj Chudów musioł akurat trefić do Polski.

(…) Robota w biedaszybach nie była zła, ale niebezpieczna i tymczasowa. Dopóki byłem samotnym „karlusem”, to mi wystarczało, żeby pójść na „muzyka i na cygarety”, ale wiedziałem, że tak całe życie być nie może i trzeba coś zmienić.

Zmianę mogła przynieść tylko praca, ale już stała i za godne wynagrodzenie, tak aby utrzymać już nie tylko siebie ale i żonę. Takie warunki istniały, ale po drugiej stronie granicy, na niemieckim Górnym Śląsk. Mogłem tam wyjechać nielegalnie, bez możliwości powrotu, lub legalnie, co było trudniejsze ale wiązało się z wykupem odpowiedniej karty, z możliwością wielokrotnego przekraczania granicy. Po wielu staraniach udało mi się „wydeptać” tę kartę i latem 1938 roku zacząłem pracować na kopalni Makoszowy w Hindenburgu (Zabrze). Cała procedura związana z przyjęciem do pracy trwała dwie godziny - i jeszcze w ten sam dzień popołudniu poszedłem do pracy. Pracowałem na dole, 530 metrów pod ziemią, wynagrodzenie wynosiło 6 marek na szychta, czyli więcej, niż w Polsce zarabiałem przez tydzień. I tak przez półtora roku z Chudowa do Makoszów rowerem.

Wzrost napięcia w stosunkach międzynarodowych między Niemcami a Polską pojawił się nagle. Jeszcze jesienią 1938 Polska i Niemcy, niemal sojusznicy, wspólnie rozbierają Czechosłowację, a już za kilka miesięcy język agresji. Przy czym mam takie wrażenie, że w polskich gazetach było jej więcej, niż w niemieckich. Takiego napinania się, że Polska jest gotowa do walki. Każdy, kto choćby od czasu do czasu czytał gazetę – a na Śląsku czytali wszyscy - nie miał złudzeń, co nastąpi. Ślązacy to w zasadzie pragmatycy i dlatego tylko nieliczni - może co niektórzy urzędnicy, lub kombatanci powstań śląskich z lat 1919-21, czy zmanipulowani harcerze - mogli żałować tego porządku, który za chwilę miał upaść. Ja, który codziennie widziałem Śląsk po obu stronach granicy, nie miałem wątpliwości, która jej strona jest lepsza.

Zresztą powiedziałem przed chwilą „powstania śląskie”, ale przecież tam, w Zabrzu, nie myślano o nich jako o powstaniach śląskich, tylko o napaści polskich terrorystów, pod osłoną francuskiej armii, na tereny, których mieszkańcy w plebiscycie wybrali przynależność do Niemiec, a trafili do Polski. Tam, w Zabrzu, ten podział Śląska, niezgodny z plebiscytem, traktowano jako ogromną niesprawiedliwość. Którą należy naprawić. Też tak zacząłem myśleć.

Natomiast po polskiej stronie granicy ogromna większość, trapiona niekończącym się bezrobociem, coraz niższym poziomem życia i brakiem perspektyw na przyszłość, żegnała białego orła co najwyżej obojętnie i raczej z ulgą. Dwa dni przed wojną zauważyłem, jadąc wieczorem z pracy do domu, jak nad granicą z Polską Niemcy ustawiali betonowe kozły przeciwczołgowe. Ostatniego sierpnia 1939 roku, już nie pamiętam czy to była sobota czy piątek, akurat wieczorem wracałem z „zolyt” i byłem ukrytym świadkiem, jak wojsko polskie w długiej kolumnie przemieszcza się z Mokrego w kierunku Orzesza. Zrobiło to na mnie duże wrażenie, bo jeszcze nigdy nie widziałem takiej masy wojska. Z czasem miałem zobaczyć o wiele większe…

1 września, jak co dzień, wcześnie rano wyjechałem moim rowerem do pracy, ale po przejechaniu kilkuset metrów zauważyłem na drodze dwóch żołnierzy, którzy zaczęli kiwać do mnie ręką. Z początku nie wiedziałem co zrobić, ale ruszyłem w ich kierunku i wtedy zauważyłem, że to wojsko niemieckie. Po krótkiej rozmowie i pytaniu, czy w pobliżu nie ma oddziałów polskich, kazali mi jechać do domu z informacją, że rozpoczęła się wojna.

Jeszcze tego samego dnia, wszyscy mężczyźni w wieku poborowym z naszej wsi, zostali przewiezieni do Sośnicy i ulokowani w wojskowych barakach. W sumie zwieziono tam około dwóch tysięcy ludzi z nadgranicznych terenów. Z Sośnicy przewieziono nas do Gerlitz, a po paru dniach do Norymbergi, gdzie zostaliśmy zakwaterowani w barakach i karmieni z wojskowej kuchni. Na Święta Bożego Narodzenia zwolniono wszystkich do domu. Nie mam pojęcia, o co im chodziło, bo o innych takich akcjach na Śląsku nie słyszałem.

 

Wiktor Szafron - Janów (obecnie dzielnica Katowic)

Szykowaliśmy się do wojny z Niemcami. Byłem harcerzem, patriotycznym 17-latkiem, spędzającym wakacje 1939 roku na ćwiczeniach i szkoleniach o charakterze wojskowym i medycznym. W ideologię o polskiej mocarstwowości święcie wierzyłem, choć dzisiaj mi z tego powodu aż głupio. Takie to było naiwne, aż śmieszne.

W ostatnich dniach sierpnia docierały do nas informacje, że niedaleko od naszego Janowa, w Bytkowie i Chorzowie dochodzi do starć z frajkorpsami. Byłem wściekły na każdego – a takich ludzi było sporo - kto okazywał proniemieckie nastawienie. Zdrajcy!

1 września 1939 roku obudził mnie dość wcześnie rykiem samolotów, które bardzo nisko latały. Ojciec przyjechał wcześniej z pracy w hucie i oznajmił, że to wojna. Chciałem, jak niektórzy moi koledzy, w swojej naiwności iść walczyć z Niemcami, ale ojciec mi to skutecznie wyperswadował. Za co jestem mu wdzięczny do dziś. Z moich znajomych, którzy się wmieszali gdzieś do tych starć, nikt już do domu nie wrócił, nie wiem do dzisiaj co się z nimi stało. A raczej nie wiem, gdzie i jak się to stało.

Nasza sąsiadka zaczęła od razu, 1 września, zbierać od wszystkich mieszkańców naszego familoka składki na flagę niemiecką. I rzeczywiście – pod wieczór zawisła na nim ogromna czerwona fana z czarnym hakenkrojcem. Jakbym obuchem w łeb dostał. Zamiast walczyć, będziemy ich witać!?

Wojska i jakichkolwiek odgłosów wojny nie widziałem i nie słyszałem do 3 września, kiedy przyjechali do Janowa na motorze niemieccy żołnierze. Ludzie od razu przynieśli im picie. I chyba się myli, bo byli bardzo zakurzeni. A zaraz potem nastała III Rzesza, ja zaś ze zdumieniem przyglądałem się, jak to państwo jest perfekcyjnie zorganizowane. No i nagle się okazało, że całkiem sporo niedawnych harcerzy paraduje w mundurkach Hitlerjugend. Chciałem krzyczeć: Co wy robicie? Przecież to wrogowie!

Ja ciągle czułem się pod okupacją i wcale mi się nie podobało, że ojciec i sąsiedzi traktują zmianę państwowości jako coś naturalnego. W 1942 roku otrzymałem wezwanie do komisji wojskowej. Komisja stwierdziła jednoznacznie „zdolny” i tak – wciąż polski patriota - zostałem żołnierzem III Rzeszy.

 

Augustyn Dyrda - Tychy

W 1939 roku wybierałem się – po podstawówce - do pszczyńskiego gimnazjum. Nadciągającą burzę wojenną wyczuwało się od już dłuższego czasu, szczególnie przysłuchując się rozmowom dorosłych, którzy w większości byli niezadowoleni z pogarszającej się sytuacji gospodarczej na Śląsku polskim, i często z nostalgią wracano do niemieckiego okresu.

Wojna wisiała na włosku i wszyscy to wiedzieli, a nasz szkolny nauczyciel zapewniał nas, że wojsko polskie – na czele z Rydzem-Śmigłym - pomaszeruje na Berlin. Wśród moich ujków, weteranów I wojny światowej, takie opinie budziły rozbawienie. Ja jednak wówczas bardziej wierzyłem nauczycielowi i polskiej propagandzie, niż wujkom.

1 września edukacji w gimnazjum nie zacząłem, a dzień ten brutalnie weryfikował tę moją wiarę w Polskę. Przypominam sobie, że na niebie pojawiło się wiele samolotów, latających bardzo nisko i wszystkie miały na skrzydłach krzyże. W Tychach, w okolicach młyna, stała polska bateria artylerii, ale jakoś nie przejawiała większej ochoty do wojowania; bo mieszkałem opodal, a nie słyszałem, żeby próbowano strzelać z tych armat.

Ale za to już na drugi dzień do Tychów wjechały pierwsze oddziały niemieckie, bardzo ciepło witane przez mieszkańców naszego miasta. Ludzie wieszali w oknach – przygotowane zawczasu - fany z hakenkrojcem. Dlatego pierwsze dni września nie przypominały wojny, ale raczej cos w rodzaju jakiejś manifestacji, z dużą ilością ludzi i wojska na ulicach. Dla mnie, wychowanego przez szkołę i Kościół w duchu polskiego patriotyzmu, był to szok. Zawalił się cały świat moich pojęć. Moja mama, moja własna mama, wdowa po tacie, powstańcu, też chodzi uśmiechnięta.

Chociaż w pierwszej chwili nawet próbowaliśmy uciekać na wschód, z dobytkiem spakowanym na wózek. Mama chyba bala się, że Niemcy mogą wypomnieć postawę ojca z czasu wojny domowej, zwanej w Polsce powstaniami śląskimi.

Starsi pewien szok przeżyli, gdy po kilku dniach koło tyskiej poczty zabito kilku dawnych powstańców. Mój dziadek nie umiał tego zrozumieć: „Niŷmcy by nikej człowieka bez sądu niŷ zabiły. To som jakiś diobły, a niŷ Niŷmcy” – powtarzał.

Zmiany nastąpiły szybko, ale nie ulega wątpliwości, że nie były odbierane przez Ślązaków jako okupacja. Dla mnie było to boleśniejsze, bo o gimnazjum mogłem zapomnieć. Polski zdany egzamin nic nie znaczył, teraz nauczano po niemiecku, a ja języka tego nie znałem.

Fragmenty książki „Gott mit Uns” Mariana Kulika

 

 Ta opowieść nie pochodzi z książki Mariana Kulika. Jan Norek żyje w Bieruniu do dziś, ma 102 lata:

Wstąpiłem do Związku Młodzieży Powstańczej, chociaż nie byłem w powstaniu, ale dzięki tego typu patriotycznym organizacjom miało się wiele ulg, mogłem również uczestniczyć w zespole tanecznym i brać udział w rożnych uroczystościach, gdzie zawsze było jakieś jedzenie i picie na koszt organizacji, co miało bardzo istotne w czasach ostrego kryzysu.

W 1939 roku po dłuższym pauzowaniu udało mi się załapać do roboty przy budowie drogi w kierunku Oświęcimia gdzie kładliśmy betonowe płyty. Jak większość ówczesnych robót tak i ta była wykonywana głównie rękami robotników ale wtedy byłem przyzwyczajony do ciężkiej roboty i mi już było obojętne co robię, najważniejsze żeby godnie płacono. Ale tak się dziwnie złożyło, że popracowałem na tej drodze tylko dwa tygodnie .

1 września 1939 roku poszedłem jak zawsze na 6 do roboty i nie działo się nic nadzwyczajnego, chyba do godziny 8 rano, kiedy zaczęły nad nami na bardzo niskiej wysokości we wszystkich kierunkach latać samoloty i któryś z robotników zauważył, że te samoloty mają czarne krzyże na skrzydłach i zapewne są to samoloty jakichś sojuszników, którzy urządzają sobie manewry. Z błędu wyprowadziły nas ciągnące drogą od Mikołowa w naszym kierunku karawany ludzi z całym dobytkiem na furach - i to dopiero oni nas poinformowali o wybuchu wojny z Niemcami, którzy według ich relacji wszystkim napotkanym ludziom wydłubują oczy i ucinają głowy.

Razem z kolegą pojechaliśmy zobaczyć co się właściwie tam dzieje pod tym Mikołowem. Dojechaliśmy tylko do Kostuchny, gdzie nas załapali polscy żołnierze i jako szpiegów zamknęli w chlewiku. Może po dwóch godzinach kiedy się okazało, że nas nikt nie pilnuje wyważyliśmy drzwi. Wojska już nie było, ale naszych rowerów też. „Pożyczyli je sobie” ci „dzielni żołnierze”.

Pieszo dotarłem do domu, a tam już na ulicach radośnie brylowali wszyscy czujący się Niemcami, hailując i machając flagami z hakenkrojcem. Nie wiem o której, ale żołnierze niemieccy pojawili się nagle i oddali z daleka nawet kilka strzałów ostrzegawczych do wiwatujących, bo prawdopodobnie nie wiedzieli co się dzieje. Jeden cywil został lekko ranny. Po Wojsku Polskim, które biwakowało w naszych lasach i dzielnie defilowało po ulicach oczekując na wroga, nie pozostało nic prócz śmieci, resztek jedzenia i parę sztuk porzuconej broni. Do dzisiaj nie wiem, dlaczego to wojsko nawet nie próbowało walczyć z Wehrmachtem, tylko szybko się ewakuowało, co potem jedni komentowali „ ułani malowane dzieci uciekli ze strachu przed wojną jak dzieci”.

 

Jak już Bieruń został zajęty przez wojsko Niemieckie, to okoliczni mieszkańcy rozpoczęli regulować między sobą porachunki za miniony okres dwudziestu lat. Na początek zamienili kościół w Bieruniu na czasowy areszt, w którym zamknięto sporą grupę mężczyzn z okolicznych miejscowości między innymi i mojego ojca za epizod, gdy pod groźbą zastrzelenia wcielono go do powstania śląskiego. Wieczorem kiedy ojciec nie wracał, matka poprosiła żebym mu zaniósł trochę chleba. Chleb doniosłem, ale przy tej okazji zostałem do wyjaśnienia zamknięty. Mnie wypuścili rano następnego dnia, a ojca parę godzin później. Większość zatrzymanych wypuszczono, ale nie wszystkich, część zamknięto w aresztach, niektórych nawet wywieziono do więzień w Czechosłowacji, byli i tacy których wysłano do obozów. Patrząc na to wzajemne podgryzanie się zrozumiałem, ile to nienawiści w ludziach urosło przez te 20 lat trwania Polski na Górnym Śląsku, kiedy to władze tak skutecznie szczuły jednych przeciw drugim, że w 1939 roku zrodziło tyle bratobójczych ofiar .

Po paru tygodniach kiedy nastała nowa władza, szybko zapomniano o bezrobociu, mało tego każdy musiał pracować, a kto nie chciał - był karany. Obaj z ojcem dostaliśmy nakaz pracy w Bytomiu-Bobrku, ja na kopalni, a ojciec w Hucie Johanka, bez możliwości zamieszkania w Bytomiu . To chyba za karę chwilowego udziału ojca w Powstaniach i moją obecność w ZMP. Było to bardzo uciążliwe, ale nie trwało długo. Gdy tylko się dowiedziałem, że otwierają na powrót zalaną w 1939 przez Polaków kopalnie w Wesołej, to od razu się tam przyjąłem do roboty .

W międzyczasie otrzymałem III grupę Volkslisty, ożeniłem się, urodziło mi się dziecko, a na kopalni dali mi lepszą robotę – sygnalisty, która polegała między innymi na wywożeniu górników z dołu na powierzchnię . Wszystko się w życiu jakoś fajnie posklejało. Na jakiś czas, bo potem upomniał się o mnie Wehrmacht.

Dodaj swój komentarz

Wywiad

ilustracja

Niezbędny kwiatek do kożucha

Rozmowa z, nauczycielem, pisarzem, propagatorem edukacji regionalnej

więcej

Stare fotografie

ilustracja

Mąż wyrusza na wojnę

Maria Piekorz (1879-1951), szanowana akuszerka bojszowska z pierwszym mężem Grelą, który jako marynarz poległ na I wojnie światowej.

więcej

Echo historii

ilustracja

Papież śląski ale niewygodny

Pius X prawie na pewno był Ślązakiem. Ale cicho-sza

więcej

W naszej kuchni

ilustracja

Czas na bakłażana!

Bakłażan, czy oberżyna? Nie do końca wiadomo, która z tych nazw jest bardziej popularna. Wiadomo jednak, że jeśli kiedyś usłyszymy o psiance podłużnej, jajku krzewiastym, bakmanie, czy gruszce miłosnej możemy się bardzo zdziwić...

więcej

Reportaż

ilustracja

Do Ziemi Świętej z orkiestrą symfoniczną z Bergisch Gladbach

Izrael • Projekt „Razem” niemieckich i izraelskich muzyków

więcej

Naszym tropem

ilustracja

Giżyński Gate!

Znowu nas wyrolowali. Rolnicy w swoich sprawach zamiast do Mikołowa, będą jeździć do Częstochowy

więcej

Partnerzy