Sondaż publiczny

Czy miałbyś coś przeciwko lokalizacji spalarni śmieci w twojej okolicy?

Echo historii

Krótki to był zryw

Mysłowicki bilbord zwyczajnie kłamie. W Tychach, Mikołowie, Pszczynie powstanie wybuchło dzień wcześniej

W Mysłowicach zawisły bilbordy, że to właśnie tutaj, na kopalni Mysłowice, wybuchło I Powstanie Śląskie. Słowa te powtarzają władze wojewódzkie i państwowe, powtarza prasa, zamiast zwyczajnie sięgnąć do opracowań naukowych, które tezie o wybuchu powstania w Mysłowicach przeczą. Hasło do walki wydano tam dopiero, gdy powstanie w Tychach i wsiach wokół nich już dogorywało. Jeśli wskazać na rzeczywiste miejsce wybuchu powstania, to właśnie trzeba pokazać na Tychy, Paprocany, Czułów, Bojszowy, Wolę i inne miejscowości wschodniej części ówczesnego powiatu pszczyńskiego.

ilustracja

Rzecz charakterystyczna, profesor Ryszard Kaczmarek, wybitny znawca najnowszych dziejów Śląska, w swojej – wydanej w tym roku – książce „Powstania Śląskie 1919-1920-1921. Nieznana wojna polsko-niemiecka” jeden z podrozdziałów zatytułował „Kiedy wybuchło I Powstanie Śląskie”. I nazwa Mysłowice wcale tam nie pada, natomiast nazwy miejscowości między Tychami, Mikołowem, Pszczyną i Bieruniem wielokrotnie. Bo tam walki rozpoczęły się w nocy 17 sierpnia 1919 roku. W Mysłowicach rozkaz do walki wydano dzień później.

Skąd więc powtarzane, utrwalane słowa, słowa, że powstanie wybuchło w Mysłowicach? Otóż z zupełnego pomieszania faktów. Znów przywołam książkę prof. Kaczmarka. Poprzedni podrozdział, z okresu jeszcze sprzed wybuchu powstania, noszący tytuł „Intermezzo przed powstaniem. Wszyscy czują się przegrani”, rzeczywiście w dwóch krótkich akapitach wspomina wydarzenia mysłowickie, reasumując: „Przez wielu te wydarzenia zostały uznane za kluczowe przy podejmowaniu decyzji przez POW GŚ o wybuchu powstania”. Jednak to znaczna różnica, że wydarzenia w Mysłowicach miały wpływ na wybuch powstania, a tym, że w Mysłowicach ono wybuchło.

- Masakra pod kopalnią Mysłowice dała początek do wielkiej rewolucji, która spowodowała, że Śląsk został wchłonięty przez Polskę. To bardzo ważna data, ważny historyczny element, którym powinniśmy się nie tylko chwalić, ale też pokazać Polakom, że wszystko zaczęło się w Mysłowicach – powiedział na konferencji prasowej z okazji obchodów stulecia powstania w tym mieście, jego prezydent Dariusz Wójtowicz. I może nawet powiedział prawdę, może rzeczywiście mysłowickie wydarzenia miały na wybuch powstania miały wpływ. A może nie miały, bo jak słusznie pisze prof. Kaczmarek, tak jedynie uważa wielu. Hipoteza, nie fakt.

Bardzo niespokojny czas

Co więc się w Mysłowicach wydarzyło? Zanim przejdziemy do tego, trzeba koniecznie opisać atmosferę na Górnym Śląsku pod koniec 1918 i w 1919 roku. A było gorąco, tak gorąco, że w całej prowincji kilkukrotnie wprowadzano Stan Oblężenia. I nie chodziło wcale, a może nie przede wszystkim, o zagrożenie ze strony polskiej. Owszem, od momentu gdy Wojciech Korfanty wygłosił w Reichstagu szokujące dla Niemców przemówienie, że Śląsk powinien trafić do Polski, a tym bardziej od momentu, gdy zwycięzcy alianci zdecydowali, że w tej sprawie zostanie przeprowadzone referendum – polskie zagrożenie Śląska było przez Niemców zauważane. Ale to nie ono decydowało o Stanie Oblężenie.

Chodziło bardziej o nastroje społeczne. Rewolucja komunistyczna trwała nie tylko w Rosji. Wybuchała w wielu okręgach przemysłowych Europy, zwłaszcza Niemiec, a Śląsk nie był tu żadnym wyjątkiem. Komunistyczna Partia Niemiec, nazywana jednak potocznie Spartakusowcami (od swojej pierwotnej nazwy, Związek Spartakusa) miała tu ogromne wpływy. Na wzór bolszewickiej Rosji, powoływano tu rady robotnicze, rady żołnierskie, rady ludowe – a wszystkie one głosiły postulaty komunistyczne. Od jesieni 1918 roku do sierpnia 1919 roku w całym górnośląskim okręgu przemysłowym kilkukrotnie wybuchały strajki generalne, a pojedyncze zakłady strajkowały non stop. I zagrożenie komunistyczną rewolucją spędzało sen z powiek niemieckich władz na Śląsku, a nie działanie Polskiej Organizacji Wojskowej. Nawet przewidując konflikt militarny z Polską rozpatrywano raczej wariant, że regularne wojsko polskie spróbuje Śląsk zająć, niż zryw garstki powstańców.

Co jednak ważne, w związku z ciągłymi strajkami sytuacja aprowizacyjna regionu była dramatyczna (osoby po pięćdziesiątce świetnie wiedzą o co chodzi, przecież identycznie było w latach 1980-81, gdy też ciągle przemysł strajkował), robotnicy nie dostawali wypłat, wiele zakładów pracy padało.

Spór płacowy, nie powstanie

I w takiej atmosferze doszło do masakry mysłowickiej. Co ważne, w przygranicznym tym mieście stacjonowała się mocna i nie objęta rewolucyjnym wrzeniem, jednostka wojska niemieckiego – 157 Pułk Piechoty. 15 sierpnia rano, gdy żołnierze pułku patrolowali miasto, pod kopalnią zaczął gromadzić się tłum górników z całymi rodzinami, domagając się natychmiastowej wypłaty należnej tygodniówki. Szacuje się, że przed bramą kopalni zgromadziło się około trzech tysięcy osób, nie była to jednak żadna propolska demonstracja, a jedynie żądania płacowe, a wśród robotników było także wielu Niemców.

Dyrekcja kopalni ogłosiła, że wypłacać pieniądze zacznie od godziny 13.00, tłum się jednak nie rozszedł. A gdy o 13.00 okazało się, że pracownicy będą wpuszczani tylko małymi grupkami, tłum naparł na bramę kopalni i ją wyłamał. Jeden z przywódców powstania, Józef Grzegorzek twierdził, że padł wówczas pojedynczy strzał, na który żołnierze odpowiedzieli ogniem. Zginęło kilka osób (zależnie od źródeł od 6 do 10), w tym kobiety i dzieci, kilkanaście zostało rannych. Dzień później „Masakra Mysłowicka” była nie tylko na Śląsku, nie tylko w Niemczech, nie tylko w Polsce, ale w całej Europie newsem dnia.

Strzelanie do robotników, zwykła rzecz…

- To był zwykły konflikt między właścicielami kopalni, mającymi za sobą aparat państwa, a robotnikami – mówi prof. Alfred Sulik, wybitny znawca historii śląskiego przemysłu i historii Mysłowic, sam zresztą przedwojenny jeszcze mysłowiczanin.

Polska propaganda wykorzystała ją, by pokazać prześladowanie Polaków przez państwo niemieckie, ale niewielu tak na nią patrzyło. W drugiej połowie XIX i początku XX wieku masakry robotników nie były taką znów rzadkością, od USA po Rosję. Przecież nawet święto 1 maja uchwalono z okazji takiej masakry w 1886 roku w Chicago. Taką masakrą w Łodzi kończy się „Ziemia Obiecana” Reymonta. Ale one zawsze związane były z walkami społecznymi, a nie narodowymi. W Mysłowicach nie było inaczej, ale dla zwolenników powstania była ona świetnym pretekstem. Zresztą wielu powstańców twierdziło, ze wolą się przyłączyć do spartakusowców i stworzyć Śląską Republikę Rad, niż należeć do państwa pruskiego.

Tak więc związek masakry mysłowickiej z wybuchem powstania nie jest taki oczywisty. To raczej wylansowano go w PRL-u, bo komunistycznym władzom pasowało połączenie walki klasowej robotniczej z walką narodowo-wyzwoleńczą. Ale daty nie bardzo się zgadzają.

Decyzja przed masakrą

Daty się nie zgadzają, bo gdy doszło do masakry mysłowickiej, decyzja o powstaniu była już podjęta. Zresztą planowano je już wcześniej kilkukrotnie, ale zawsze odwoływano. Członkowie Polskiej Organizacji Wojskowej wierzyli zresztą, że ich zryw będzie sygnałem dla stacjonującego w zachodniej Małopolsce i na Śląsku Cieszyńskim wojska polskiego do wkroczenia na teren Górnego Śląska. Wariantu takiego nie wykluczał zresztą choćby generał Józef Haller, dowodzący tymi polskimi wojskami, stojącymi w pobliżu granicy.

Kierownictwo Polskiej Organizacji Wojskowej na Śląsku było podzielone. Jedni byli świadomi, że bez deklaracji Warszawy o wojskowej pomocy dla powstania, ten zryw nie ma sensu. Inni, „gorące głowy” parli do walki za wszelką cenę. Ten podział spowodował kilka „zamachów stanu” w śląskiej POW, powoływania niezależnych od siebie dowództw. Kolejne takie zdarzenie miało miejsce 13 sierpnia, gdy Grzegorzek dokonał rewolty przeciw zachowawczym Zgrzebniokowi (dowódca POW) I Korfantemu.Ale gdy Grzegorzek natychmiast nie wydał rozkazu wybuchu powstania, prący do walki, na czele z Maksymilianem Iksalem powołali dzień później nowe dowództwo pod nazwą Komitetu do Walki z Niemcami. I w zasadzie natychmiast zdecydowali, że powstanie wybuchnie 17 sierpnia o 2 w nocy. Komitet ten zdecydował zresztą, że on tylko wyda rozkaz wybuchu powstania, a potem przekaże powstańczą władzę w ręce struktur POW.

Dyletanci

Jak skrajni to byli dyletanci wskazuje fakt, że rozkaz o wybuchu powstania dotarł tylko do struktur POW w powiatach pszczyńskim i rybnickim. Nie wiedziano więc o nim w Katowicach i Tarnowskich Górach, w Chorzowie i Lublińcu, oraz oczywiście w Mysłowicach też nie. Tutejsza POW wcale się do walki po masakrze mysłowickiej nie poderwała, nie ma nawet śladów w dokumentach, by jakoś podniosła gotowość bojową. Oni sami tej masakry nijak z polskim zrywem nie kojarzyli!

Dyletanctwa dowodzi także forma tego rozkazu. Jak wspominał Jan Kędzior, jeden z przywódców powstania w powiecie pszczyńskim: „Pamiętam ową sobotę 16 sierpnia 1919 roku. (…) W pewnej chwili do pokoju, w którym byłem zajęty wstąpił Fizia (szef Polskiej Organizacji Wojskowej w powiecie pszczyńskim – przyp. red.) i wręczając mi świstek papieru zapisany ołówkiem powiedział: - przeczytaj to i powiedz mi, czy na taki rozkaz dałbyś hasło do powstania. Był to rzeczywiście świstek papieru jakby oderwany od kartki papieru. Przejrzawszy go zapytałem Fizię, - czyście wy nie mieli umówionego hasła? – otrzymałem odpowiedź, że nie. Pytam dalej, czy nie poznaje osoby z rękopisu. Odpowiedź była ta sama. Indaguję dalej, czy zna kuriera, który ten rozkaz przywiózł. Fizia znów zaprzeczył i dodał, że nic a nic nie przypomina, by tego człowieka kiedyś widział. (…) Oświadczyłem zatem Fizi, że ja bym w takich okolicznościach „rozkazu” nie usłuchał i hasła do powstania nie wydał. Fizia przytaknął mi i dodał: - Tego samego zdania jestem i ja.”

Jednak interwencja tyszanina Stanisława Krzyżowskiego, wysokiego rangą działacza POW, który twierdził, że kuriera zna i gwarantuje, że rozkaz jest autentyczny, spowodowała, że postanowiono go wykonać. Zresztą rodzina Krzyżowskich, polskich działaczy narodowych na Śląsku jest dość znamienna. Bo pokazuje stałą tendencję: krzewicielami polskości na Śląsku byli nie tyle rdzenni Ślązacy, lecz imigranci z Polski. Tacy właśnie jak Krzyżowscy, którzy zjawili się tu pod sam koniec XVIII wieku, po upadku powstania kościuszkowskiego. I to oni przez cały XIX i początek XX wieku byli inicjatorami propolskich działań w Tychach. Ale to tyle dygresji.

Rozkaz mówił o rozpoczęciu powstania 17 sierpnia, o 2 w nocy, a hasłem miał być wybuch bomby. Wybuch wprawdzie nastąpił, ale godzinę później, w międzyczasie więc spora część zgromadzonych powstańców uznała, że powstanie znowu odwołano, i udali się do domów. Wielu innych wybuchu, widocznie zbyt słabego, nie usłyszało.

Grzegorzek gdy się o rozkazie wybuchu powstania, próbował go za wszelką cenę powstrzymać, jednak Fizia go zlekceważył i zapowiedział, że kto nie wykona jego rozkazów, dostanie kulę w łeb. A wodzem naczelnym powstania ogłoszono Alfonsa Zgrzebnioka, choć on sam dowiedział się o tym dopiero za kilkadziesiąt godzin.

Tychy w powstańczych rękach

Więc tak naprawdę powstanie, poza bardzo nielicznymi miejscami, zaczęło się dopiero 17 sierpnia rano. W dwóch najważniejszych miastach powiatu, Pszczynie i Mikołowie, nieudane było już od początku, wojsko i policja niemieckie odparły atak. Powstańcy po krótkiej strzelaninie uciekli w stronę polskiej granicy. Znacznie lepiej działo się powstańcom na wsiach: w Tychach (wówczas największa wieś powiatu pszczyńskiego), w Czułowie, Paprocanach, Urbanowiach Bojszowach, Jedlinie i jedynym zdobytym dnia tego mieście – Bieruniu. O fatalnym uzbrojeniu powstańców najlepiej świadczy fakt, że 12-osobowy oddział wojska niemieckiego w Urbanowicach rozbrojony został z zaskoczenia przez powstańców uzbrojonych jedynie w widły, kosy i dębowe pały. Zresztą w żadnym powstańczym oddziale broni palnej nie miała nawet połowa jego składu. Dębowa pała to była ich najpopularniejsza broń.

W Tychach powstańcy zdobyli wszystkie kluczowe miejsca, z urzędem gminy, dworcem i oczywiście browarem. Wspomnienia Franciszka Krzyżowskiego ze zdobycia poczty też mówią wiele o uzbrojeniu: „broń według potrzeby rozdałem i ruszyłem z kolegami: Krzyżowski Jan, Myszor Paweł, Loska Karol, Lausik Paweł i Wycisk Józef (razem więc sześciu powstańców – przyp. D.D.) w stronę poczty, uzbrojeni w 2 karabiny, 1 pistolet i silną siekierę”. Pocztę zdobyto.

Paprocańska victoria

Można więc śmiało stwierdzić, że I powstanie śląskie zaczęło się w Tychach. I 17 września było miejscem kluczowym powstania, to tu gromadzili się śląscy wojownicy przed kolejnymi wypadami do sąsiednich miejscowości, to tu przywozili zdobytą broń, łącznie z czterema armatami. Armaty te zdobyto w Paprocanach, gdzie powstańcy odnieśli najbardziej spektakularne zwycięstwo. Tutaj powstańcy ruszyli do walki rzeczywiście nieco po 2 w nocy 17 sierpnia, bo choć nie wybuchła bomba mająca dać sygnał, okazało się, że niemieccy żołnierze nie śpią, lecz są w gotowości bojowej. Doszło więc do strzelaniny. Powstańcy odcięli połączenia telefoniczne, a następnie rozbroili znajdującą się tu baterię artylerii i pododdział piechoty. Całkiem spora jednostka, od dowództwem kpt. Goesego, ponad 150 żołnierzy. Powstańcy wzięli do niewoli prawie 100 jeńców, zdobyli 4 działa, 2 kaemy, około 100 karabinów i kilkadziesiąt koni. Paweł Kozyra (drugi mąż mojej babci – przyp. D.D.) uczestnik paprocańskiej akcji, tak ją wspominał: „Rozbrojenie grenszucu było bardzo niebezpieczne, gdyż pewna część spała uzbrojona w szopach w sianie, i dostęp do nich był możliwy tylko pojedynczo po drabinie a uzbrojenie naszych oddziałów stanowiły tylko lampki elektryczne i dębowe kryje. (…) Dowódcy oddziałów grenszucu, którzy spali w oddzielnych pokojach, ratowali się na widok dokonanego rozbrojenia ucieczką, zostali jednak ujęci przez nasze straże, które otoczyły placówki. Dowódca całości, pułkownik grenszucu (chodzi zapewne o kpt. Goesego – przyp. D.D.), poddał się zaraz z prośbą, żeby mu pozostawiono ordynansa”. Tak na marginesie, wspomnienia Kozyry musiał ktoś poprawić, bo ten późniejszy szef Związku Powstańców Śląskich w powiecie pszczyńskim nie umiał posługiwać się literacką polszczyzną. Jeszcze bardziej na marginesie, jego synowie w latach 70. XX wieku, powołując się na niemieckie pochodzenie, wyemigrowali do RFN…

Dzień później – ucieczka do Polski

Zdobyczne armaty z Paprocan triumfalnie przejechały przez Tychy, następnie próbowano je odtransportować do Polski, do Oświęcimia, ale ofensywa niemiecka spowodowała, że powstańcy musieli je porzucić. Bo już 18 sierpnia Niemcy odbili niemal cały powiat pszczyński, poza kilkoma miejscowościami leżącymi przy samej polskiej granicy (m.in. Bieruń Nowy, Jedlina, Wola). Jednak jeszcze przez kilka kolejnych dni powstańcy kilkukrotnie przeprawiali się przez Wisłę i Przemszę, brać udział w walkach. Uzbrojeni już nieco lepiej, po części dzięki broni zdobycznej, a po części dozbrojeni przez wojsko polskie.

Poza powiatem pszczyńskim i rybnickim powstanie wybuchło dopiero 18 sierpnia. I gdy u nas już go praktycznie nie było, walki trwały w okolicach Bytomia, Katowic, Mysłowic, przy czym raczej w niewielkich miejscowościach wokół tych miast (dziś to ich dzielnice) niż w nich samych. Centrum żadnego z nich nie zostało przez powstańców zdobyte. Zasada (poza okolicami Bytomia) była też taka, że najbardziej zaciekłe walki były przy samej polskiej granicy, przez którą przerzucano powstańcom broń, amunicję oraz posiłki. Powstańcy trzymali się więc w miarę mocno w dzielnicach nad Przemszą i Brynicą, w Szopienicach, Janowie, Brzezince (mysłowickiej), Słupnej (obecnie dzielnica Mysłowic), Nikiszowcu, Dąbrówce, Siemianowicach. I tylko tutaj na kilka dni powstało coś, co można od biedy nazwać linią frontu.

Trwało niecały tydzień

Jednak już 22 sierpnia niemieccy dowódcy meldowali do Berlina, że polski zryw został w zasadzie stłumiony, a dwa dni później Alfons Zgrzebniok wydał rozkaz zaprzestania walk. Niemal do samego końca powstańcy w powiecie pszczyńskim, na linii Brzezinka, Chełm, Lędziny, kontrolowali fragmenty terenu. A ostatnia walka w Mysłowicach miała miejsce 20 sierpnia, kiedy Niemcy zdobyli Wieżę Bismarcka. Niemieckie meldunki twierdziły, że wśród obrońców byli nie tylko powstańcy, ale też regularne wojsko polskie zza Przemszy.

I Powstanie Śląskie było zrywem nieprzygotowanym, bez żadnych szans na zwycięstwo. Spontanicznym zrywem garstki ludzi, którzy wierzyli, że z pomocą przyjdzie im wojsko polskie. Realnie trwało trzy dni. Tak naprawdę niema się czym szczycić.

Co innego to trzecie

Zupełnie inaczej miała się sytuacja z III Powstaniem, które było majstersztykiem polskiego sztabu generalnego. Tam opracowano plany, stamtąd przerzucono nie tylko dowódców, ale też tysiące polskich żołnierzy, mających udawać śląskich cywilów. Uzbrojonych, wyposażonych. Zaczęto świetnymi akcjami sabotażu. Trochę jak akcja Putina na Krymie. I dlatego to powstanie na pewien czas opanowało sporą część obszaru plebiscytowego, aż po linię Odry. Jednak zważywszy, że powstańcami w ogromnej części nie byli Ślązacy, a wielu z Ślązaków było w nim „na siłę” (często padały słowa: abo idziesz do powstanio, abo kula w łeb), często przymusowo do powstania wcieleni, to należałoby chyba mówić nie tyle o powstaniu śląskim, co polskim powstaniu na Śląsku. Albo, jak pisze Ryszard Kaczmarek, niewypowiedzianej wojnie polsko-niemieckiej.

Jeśli już jednak państwo polskie upiera się czcić dyletancki zryw 1919 roku, niech to robi. Tylko niech nie głosi, wbrew oczywistej prawdzie, że wybuchł on w Mysłowicach.

Dariusz Dyrda

Dodaj swój komentarz

Wywiad

ilustracja

Uśmiech ładuje nasze akumulatory

Rozmowa z Katarzyną Polok- Marcol, Prezesem Fundacji Bajtel- Mysłowice Pomagają

więcej

Stare fotografie

ilustracja

Mąż wyrusza na wojnę

Maria Piekorz (1879-1951), szanowana akuszerka bojszowska z pierwszym mężem Grelą, który jako marynarz poległ na I wojnie światowej.

więcej

Echo historii

ilustracja

Trójwieś nad Przemszą

Przyjęło się mówić, że granica pomiędzy Śląskiem a Małopolską była najtrwalszą granicą państwową środkowej Europy, która niezmieniona przetrwała niemal 500 lat, najpierw pomiędzy koroną czeską a Polską, potem między Austrią a Polską, następnie miedzy Prusami a Polską a na koniec między Prusami (Niemcami), a Rosją. To prawda, ale niezupełnie – bo nie dotyczy trzech wsi. Które przez długi czas… nie należały do żadnego państwa.

więcej

W naszej kuchni

ilustracja

Romanesco - dzieło sztuki na talerzu

Są rzeczy obok których nie da się przejść obojętnie. Niedawno odkryłam jedną z nich w warzywniaku i na fali zachwytu od razu postanowiłam się nią podzielić. Dzieło sztuki na talerzu, kulinarne cudo, kolejny dowód na istnienie boskiej proporcji - a to wszystko w jednej, zielonej główce… kalafiora! Brzmi jak zwiastun kinowy nowego filmu science fiction, a mowa o warzywie, które coraz częściej zaczyna się pojawiać na naszych sklepowych półkach. Wszystkim tym, którzy jeszcze nie znają tego fascynującego, zielonego objawienia - pragnę go dzisiaj przedstawić. Drodzy Państwo - kalafior romanesco!

więcej

Reportaż

ilustracja

Góra śmieci czy też wyspa skarbów?

Ostatnio był u nas wywóz tak zwanych śmieci wielkogabarytowych, ludzie powystawiali stare kanapy, sprzęt AGD, zabawki dziecięce którymi już się ich pociechy się nie bawią albo sprzęty z których już wyrosły. Wynoszenie zaczęło się już w weekend. I gdy siedziałam na schodach paląc papierosa jechała bagażówka - i ni z tego ni z owego zatrzymała się na ulicy; mężczyzna siedzący przedtem na miejscu pasażera wysiadł z auta i zabrał sprzed jednego z domów stojący wśród innych śmieci mały, różowy, dziecięcy rowerek, po czym zaniósł go do samochodu. Najwyraźniej dla niektórych śmieci, a dla innych skarby.

więcej

Naszym tropem

ilustracja

Młodzi na zakręcie śmierci

Gdy widzimy na ulicy kilkoro uczniów, to możemy być niemal pewni, że jeden z nich ma za sobą samookalecznie, lub nawet próbę samobójczą. Statystyki nie kłamią, polska młodzież, nie nauczona rodzić sobie ze stresem, często postanawia zlikwidować go w właśnie tak drastyczny sposób.

więcej

Partnerzy