Nie siedź w domu

Sondaż publiczny

Co myślisz o księdzu, który zrzucił sutannę

Echo historii

Bożek – przegrał ze Stephensonem

Dla wynalazcy liczy się miejsce, gdzie pracuje

ilustracja

Gdyby miał w życiu nieco szczęścia, a przede wszystkim możnego sponsora – to w każdym światowym podręczniku jako wynalazca lokomotywy (i kolei), nie widniałby George Stephenson tylko Josef Bożek. Także jako wynalazca praktycznego parowca i paru innych rzeczy. A on jest nasz – urodził się 15 kilometrów na południe od Pszczyny.

Jego rodzina wieś – Biery – leżała wówczas na Śląsku czeskim, więc Czesi o nim pamiętają, nazywają go Ojcem Czeskiej Techniki. U nas jest zupełnie zapomniany.

Nie było przemysłu

Miał pecha do miejsca urodzenia. A może do kierunku, w który wybrał się z rodzinnej wsi. Josef Bożek bowiem widząc, że dla jego pasji, nie tylko Biery, ale też pobliskie Bielsko czy Cieszyn są za małe, wybrał się na studia do Brna, a potem Pragi. To był jego błąd, bo o ile większość europejskich państw wówczas – na początku XIX wieku – stawiała na przemysł, to monarchia Habsburgów (późniejsze Austro-Węgry) pozostała jeszcze na długo krajem rolniczym. Wynalazki Bożka uznawano tam bardziej za ciekawostki, niż rzeczywiste epokowe odkrycia.

Gdyby zamiast na południe, wybrał się na północ, na dynamicznie rozwijający się pruski przemysłowy Górny Śląsk - być może i on, jak wielu innych, w którymś z naszych magnatów przemysłowych, znalazłby możnego sponsora swoich badań.

”. Tak, jak miało to miejsce ze starszym o rok Stephensonem. Nie wymyśliło on swojej lokomotywy w małym warsztaciku. Jeden z angielskich magnatów przemysłowych przez kilkanaście lat finansował jego badania nad pojazdem parowym. A i tak wyprzedził Bożka tylko o rok. Bożkowi pozostało nazywanie go w literaturze fachowej „Czeskim Stephensonem”, „Polskim Stephensonem”, „Polsko-czeskim Stephensonem”, „Śląskim Stephensonem”.

Nie naukowiec, tylko złota rączka

Technika pasjonowała go od dziecka. Ten syn zamożnego młynarza konstruował w wieku szkolnym różne maszyny, ku utrapieniu swojego ojca. Potem na chwilę zmienił zainteresowania, zaczął studiować w Pradze filozofię, ale rychło powrócił do nich, zatrudniony w świeżo otwartej praskiej politechnice. Nie, nie jako naukowiec. Mimo, że nie miał cechowych uprawnień, zatrudniono go tam jako rzemieślnika, umiał bowiem naprawić każde urządzenie, skonstruować model każdej maszyny, której rysunki przywieziono z zza granicy. Był po prostu taką uczelnianą złotą rączką.

Wielkim hitem początku XIX wieku była maszyna parowa. Liczni konstruktorzy w Europie udoskonalali wynalazek Watta, aby znajdował on zastosowanie w przemyśle. Bożek do tego grona dołączył późno – właśnie dlatego, że ani w Czechach, ani w Austrii nie było na maszyny parowe zapotrzebowania. W Czechach także dlatego, że w górzystym kraju energię do napędzania maszyn zapewniały rwące rzeki, na których budowano koła wodne. Inaczej niż w Anglii, czy u nas, na Górnym Śląsku, gdzie energię zaczął dostarczać węgiel kamienny. Paliwo maszyny parowej.

Bożek początkowo zajmował się więc udoskonalaniem zegarów oraz… tworzeniem protez wyprzedzających epokę. Weteranom wojen napoleońskich tworzył protezy pozwalające pisać, a rosyjskiemu oficerowi Danilukowi – ponad 200 lat temu – protezy nóg, które umożliwiały mu jazdę konną i chodzenie po schodach bez kul. Poza tym tworzył też maszyny tkackie, ale były to raczej własne wariacje na temat maszyn brytyjskich czy holenderskich – niż zupełnie samodzielne konstrukcje.

Buchający parą kocioł

Z czasem jednak coraz bardziej skłaniał się ku maszynie parowej. Ale nie stacjonarnej, która ma napędzać urządzenia fabryczne (taka, jak wspomnieliśmy w Czechach nikogo nie interesowała) – tylko jako silnikowi pojazdów.

Bożek nie wpadł na pomysł Stephensona - ale też taki pomysł miał sens w Anglii, ale nie Czechach. W Anglii potrzebny był mocny, szybki środek transportu między Liverpoolem a Manchesterem. Więc George wymyślił pociąg. W Pradze, w tym samym czasie Bożek wymyśla dwa różne środki komunikacji: kolej, ale konną, która wozi mieszkańców torami po wyznaczonych trasach (tramwaj konny) - oraz parowy powóz, który może ich zawieźć gdzie chcą. Takie parowe auto.

Połączenie tych wynalazków to maleńki kroczek, ale kroczek nikomu w Pradze niepotrzebny. Gdyby wtedy wybrał się nie do Pragi, tylko – a miał znacznie bliżej – Bytomia, mysłowickiej Wesołej czy Pszczyny, pewnie to on zbudowałby pierwszą kolej żelazną. Bo u nas jeszcze przez 30 lat wożono węgiel i rudy do hut furami! A on miał pomysł i na tory, i na pojazd parowy…

Pojazd parowy zademonstrował w Pradze w rok 1815. Woził nim chętnych po mieście. Rok później od lokomotywy Stephensona, ale niemal na pewno bez wiedzy o jego wynalazku. Za to silnik parowy Bożka był nowocześniejszy, wydajniejszy. Po prostu lepszy.

Dwa lata później Bożek woził w Pradze, po Wełtawie, chętnych swoim parowcem. Znów lepszym, niż te kilka, które już na świecie działały. Ale – podobnie jak z parowym autem – dla Czechów była to jedynie ciekawostka. Zapotrzebowania na parowiec tu nie było.

Umiera w biedzie, zapomnieniu

Schorowany Bożek miał coraz mniej siły na swoje wynalazki. Rodzina z Bier wydziedziczyła tego „wałkonia”, „syna marnotrawnego”. Co nie przeszkadza jej się dziś, po 200 latach, się nim szczycić. Żona, schorowana, podobnie jak on, nie potrafiła być ostoją. Ostatnie 20 lat życia zmagał się z biedą i swoją klęską wynalazcy. Zmarł w roku 1835,w zapomnieniu i skrajnej biedzie. Marząc do końca o wynalazkach, które okazały się niepowodzeniem. Nie dlatego, że były gorsze od konkurencji – tylko dlatego, że tworzył je w miejscu gorszym, niż konkurencja.

Niemniej Czesi go pamiętają. Uważają go za wynalazcę czeskiego, patrona czeskich nauk technicznych. W Polsce też próbowano nim pamiętać. Zofia Kossak-Szczucka napisała o nim opowiadanie ”Czarodziej”, pisało nim Gustaw Morcinek. Dziś przypominają go dwie tablice: w rodzinnych Bierach i w Cieszynie. Ale obecny Śląsk tego wielkiego Ślązaka, obecna Polska, twórcę pojazdów parowych, zapomniały. A przecież to on powinien być u nas patronem komunikacji masowej.

Dariusz Dyrda

Dodaj swój komentarz

Wywiad

ilustracja

Pojazd uprzywilejowany to mit

Rozmowa ze starszym brygadierem Piotrem Szojdą, komendantem Państwowej Straży Pożarnej w Tychach

więcej

Stare fotografie

ilustracja

Mąż wyrusza na wojnę

Maria Piekorz (1879-1951), szanowana akuszerka bojszowska z pierwszym mężem Grelą, który jako marynarz poległ na I wojnie światowej.

więcej

Echo historii

ilustracja

Konstytucja nie dumy lecz wstydu

Druga na świecie, wyprzedzająca swoją epokę, pionierska, postępowa – za kilka dni znów uraczą nas opowieściami o Konstytucji 3 Maja. I wszystko to będzie prawdą. Tylko… uchwalenie tej konstytucji było jedną z największych głupot, jakie w swojej historii zrobili Polacy.

więcej

W naszej kuchni

ilustracja

Szybkie te szparagi

Szybko się pojawiają i szybko znikają, ekspresowo gotują. Sezon trwa w najlepsze, mamy jeszcze szansę – do czerwca, to korzystajmy! Szparagi to jedna z odsłon wiosny, bo poza tą porą roku trudno je dostać, a wiadomo jak to ze szparagami bywa – nic nie zastąpi młodych i pachnących pędów! Mamy szczęście, bo w Polsce z roku na rok pojawia się coraz więcej upraw tych niezwykłych warzyw, szczególnie w południowo – zachodniej części kraju. Nie można nie skorzystać. Drodzy Państwo – ostatni dzwonek na szparagi!

więcej

Reportaż

ilustracja

Do Ziemi Świętej z orkiestrą symfoniczną z Bergisch Gladbach

Izrael • Projekt „Razem” niemieckich i izraelskich muzyków

więcej

Naszym tropem

ilustracja

Niebezpieczne rośliny

Przy okazji Dnia Dziecka warto ostrzec rodziców, że ich pociechy – te starsze – mogą zechcieć sięgnąć po jakieś psychoaktywne używki. I wcale nie uchroni przed tym brak kieszonkowego na dopalacze czy „marychę”, brak znajomości z dilerem. Młodzież, doskonale poruszająca się w internecie, bez problemu znajdzie rosnące wokół nas rośliny narkotyczne. Bo nie myślcie, że takie żyją tylko w dalekich krajach. Nasze lasy, łąki, jeziora a nawet ogrody, są ich pełne. I coraz więcej dzieci o tym wie. Warto więc, by wiedzieli też rodzice i dziadkowie.

więcej

Partnerzy