Nie siedź w domu

Sondaż publiczny

Czy uważasz, że susza spowoduje duży wzrost cen żywności?

Felieton

Autor
Dariusz Dyrda: Fiksum Dyrdum

I po co książki pisać?

I po co książki pisać?

ilustracja

W drugiej połowie czerwca spotkanie z chętnymi tyszanami miał profesor Ryszard Kaczmarek, też zresztą tyszanin, ale co ważniejsze, najwybitniejszy badacz nowożytnych dziejów Śląska. Spotkanie dotyczyło jego najnowszej książki „Powstania Śląskie 1919-20-21. Nieznana wojna polsko-niemiecka”. Można się zastanawiać jednak, po co Kaczmarek ją napisał?

Po co książka wybitnego badacza, której nikt czytać nie chce? Już rozkręcają się obchody stulecia powstań, już na rynku w Pszczynie postawiono replikę bramy powitalnej dla wojska polskiego z 1922 roku, już zaproszono mnie na obchody jubileuszu na tyski Czułów, który był rzeczywiście jednym z miejsc wybuchu I powstania, i gdzie zginął pierwszy powstaniec w okolicy. Wydawać by się mogło, że w takiej sytuacji książka Kaczmarka będzie szeroko komentowana a tym bardziej cytowana. Ale nic z tych rzeczy, można raczej odnieść wrażenie, że jest przemilczana.

Nie, nie polecam jej czytania ludziom, którzy nie są prawdziwymi pasjonatami historii. Kaczmarek to nie Norman Davies, nie Paweł Jasienica, nie potrafi snuć pasjonującej historycznej opowieści, pełnej smaczków i ciekawostek. Gdy na jednej stronie książki jest 10 nazwisk, 4 nazwy miejscowości i 5 dat, to taka książka wywołuje u czytelnika szum informacyjny, po którym, jeśli nie jest studentem, mającym obowiązek wszystko to wkuć – jedynie szum informacyjny. I tak właśnie pisze Kaczmarek, zalewa nas mnóstwem informacji, mniej naświetlając tło wydarzeń. Zbyt słabo – w moim odczuciu – naświetlając nastroje społeczne, które po I wojnie światowej u nas panowały, prześlizgując się jedynie po polityce światowych mocarstw, które na te wydarzenia wpływ miały decydujący.

Niemniej jednak tytuł książki jest słuszny, „wojna polsko-niemiecka” to określenie prawidłowe, bo powstanie śląskie bez solidnego wsparcia z Polski szans nie miałyby nawet wybuchnąć, o jakimkolwiek sukcesie militarnym nawet nie wspominając, bo przecież i tak go nie odniosły. Jednak pierwsze powstanie w książce Kaczmarka jawi się jako zryw groteskowy, można by rzec komiczny, gdyby ludzie tam nie ginęli.

Było bowiem w największym skrócie tak: wybuchło nie wiadomo na czyj rozkaz, bo ci, którzy mieli go wydać – nie wydali. W każdej miejscowości wybuchło o innej godzinie, a nawet innego dnia, powstańcy trochę postrzelawszy (broni zresztą nie mieli prawie wcale) zajmowali jakąś osadę czy wieś na kilka godzin, po czym – gdy nadciągali Niemcy – zwiewali za Wisłę, do polskiego Oświęcimia, licząc, że zaangażuje się wojsko polskie. Które zresztą miało ochotę, ale Warszawa nie pozwoliła. Koniec powstania.

Opis Kaczmarka jest tak dokładny, że po prostu musi być prawdziwy. A jeśli tak, to czy naprawdę jest co świętować? Czy należy chwalić się zrywem kompletnie dyletanckim, który żadnych, absolutnie żadnych sukcesów nie odniósł? I który zresztą objął tylko niewielki kawałek Górnego Śląska. Inna sprawa, że akurat nasz kawałek, ale też od nas powstańcy uciec do Polski mieli najprościej, bo przecież Bieruń czy Mysłowice leżały nad polską granicą, a z takich Paprocan czy Czułowa też można było dojść do granicy w trzy godziny.

Nigdy nie rozumiałem lubowania się Polaków w przegranych powstaniach. To dokładnie tak, jakby świętować rocznice porażek sportowych. A przecież przypominamy te, w których odnieśliśmy sukces. W Tychach niemal jubileuszowo obchodzono 40 rocznicę awansu piłkarzy do ekstraklasy, ale czy ktoś świętował rocznicę ich kolejnych spadków?

Tak, powie ktoś, że należy oddać cześć bohaterom, którzy poderwali się do walki, niezależnie od tego czy sukces odnieśli. Ale na naszym kawałku Śląska większość tych, którzy do walki się oderwali było za Polską, bo ówczesna Ziemia Pszczyńska (z Tychami, Mikołowem) była jedną z najbardziej propolskich części Śląska. Chociaż plebiscyt w samej Pszczynie i Mikołowie też wygrali Niemcy. Ale dalej na zachód nastroje były bardziej proniemieckie, i ludność cywilna bardziej do samoobrony (Selbschutzu) się garnęła, by się przed polską nawałą bronić. Jeśli więc oddajemy cześć tym, którzy poderwali się, by walczyć o wolność swojej ojczyzny – to nie powinniśmy honorować walczących z obu stron barykady? Przecież oni tak samo oddawali życie za miejsce Śląska tam, gdzie według nich być powinien.

Świętowanie rocznicy powstań jest coraz głośniejsze, marszałek Jakub Chełstowski pisze o nich nawet przy zupełnie innej okazji (patrz str. 3), ale w tym wszystkim nawet nie ma cienia refleksji nad tym, jak powstania faktycznie wyglądały, a co Ryszard Kaczmarek doskonale opisuje. Zamiast więc wspominać wydarzenia, budujemy mitologię, zupełnie nieprawdziwą mitologię, która historię Śląska bardziej zakłamuje niż przypomina. Więc po co Kaczmarek napisał swoją książkę? Łudząc się zapewne, że w rocznicę I powstania śląskiego wydana, będzie teraz stanowiła kompendium wiedzy o nim i dwóch następnych. Nie profesorze, ta książka niemal przemilczana zostanie, bo do legendy nie pasuje.

Tylko nauczeni na tej legendzie nie potrafimy potem zrozumieć, jak to jest, iż w 1939 roku tylu Ślązaków witało radośnie wkraczający Wehrmacht. Jeśli, co z legendy wynika, wszyscy tu wcześniej za Polską byli. A jeśli poznać historię Śląska, to te powstania i to witanie Niemców idealnie się zazębiają a nie wykluczają. Ale u nas wiedza o historii regionu jest bliska zeru, zamiast niej mamy jedynie kilka migawek, że powstania śląskie (z obrazem wypaczonym), że obrona wieży spadochronowej (po prostu zmyślona, fikcja literacka) – i takiej wizji różne Kaczmarki bardziej szkodzą, niż służą. Nie dziwię się więc, że o jego książce jest cicho.

Dariusz Dyrda

Dodaj swój komentarz

Wywiad

ilustracja

Z dr hab. Małgorzatą Myśliwiec, tyszanką, profesorem Uniwersytetu Śląskiego rozmawia Dariusz Dyrda

W czerwcu przez Polskę przetoczyła się dyskusja o decentralizacji, w tym samym miesiącu Sejm RP po raz piąty odrzucił projekt ustawy o śląskim języku regionalnym. O obu tych sprawach rozmawiamy z najbardziej znanym na Górnym  Śląsku komentatorem politycznym, prof. Małgorzatą Myśliwiec, politologiem z Tychów.

więcej

Stare fotografie

ilustracja

Mąż wyrusza na wojnę

Maria Piekorz (1879-1951), szanowana akuszerka bojszowska z pierwszym mężem Grelą, który jako marynarz poległ na I wojnie światowej.

więcej

Echo historii

ilustracja

Miasta Duchów

Czy to cień, czy jeniec były, polski, niemiecki, sowiecki? Czy to wiatr, czy echo dawnych salw? Wiatr hula, historia zawodzi, zwiedzać, czy brać za pas nogi? Cicho wszędzie, głucho wszędzie, co to będzie, co to będzie…

Turystyka to nie tylko piękne pałace, strzeliste góry, czyste jeziora. Są tacy, którzy wolą zwiedzać miejsca ludne niegdyś, a dziś wymarłe. Miasta widma. Wiele takich na świecie, ale i na zachodzie Polski, na dawnych terenach niemieckich, także parę znaleźć można. Zapraszam do miast wymarłych.

więcej

W naszej kuchni

ilustracja

Morwa - repertuar do nadrobienia

Mało się o niej mówi mimo, że morwa to roślina znana od tysiącleci. Jej owoce, które przypominają śląskie ostrenżyny czyli polskie jeżyny, albo dzikie maliny sugerują, że morwa to po prostu krzak. Nic bardziej mylnego – to drzewo, które potrafi osiągnąć nawet do 10 metrów wysokości i przetrwać nawet 250 lat. W Polsce nie wzięła się przez przypadek, a na jej historię i właściwości warto zwrócić uwagę.

więcej

Reportaż

ilustracja

Coś do jedzenia, proszę

Niedawno zaczęły się upragnione przez wszystkich wakacje, ale wakacje to nie tylko letni czas wypoczynku, w którym kurorty i wakacyjne miejscowości zapełniają się turystami… zwiększa się też liczba ludzi tam żebrzących. Pod tym względem wakacje niczym się nie różnią od okresu przed świętami, kiedy skokowo zwiększa się liczba ludzi w potrzebie, ale nie dajmy się zwieść - większość
z nich tak naprawdę nic ze zjawiskiem skrajnej biedy wspólnego nie ma, a takie żebranie może być dochodowym zajęciem.

więcej

Naszym tropem

ilustracja

Grosz do grosza…

Postanowiłam sprawdzić, jak to jest, gdy masz pieniądze na przyzwoite zakupy, ale są one w maleńkich nominałach. Grosz, dwa grosze, pięć groszy, dwadzieścia to już grubsza kasa. Dysponuję takimi zawsze, bo mój maż ma dziwny zwyczaj zbieractwa, a raczej porzucania po domu w przeróżnych miejsca drobnych monet, które ja, wychowana w szacunku do pieniądza, zbieram do wielkiego słoika… i zawsze mam dylemat, co zrobić z zebranymi miedziakami. No to dzisiaj sprawdzę, ile są warte. Ruszam w miasto!

więcej

Partnerzy