Nie siedź w domu

Sondaż publiczny

Czy uważasz, że susza spowoduje duży wzrost cen żywności?

Felieton

Autor
Jerzy Ciurlok

Największy taki w Europie

Największy taki w Europie

ilustracja

   Gorąco namawiam państwa do podróżowania po Śląsku. Do odwiedzania miejsc najpiękniejszych i najważniejszych ze względu na historyczne wydarzenia bądź kulturalne osiągnięcia. Pod tym względem miejscem absolutnie wyjątkowym jest Lubiąż. Już z odległości wielu kilometrów widać strome dachy pocysterskiego opactwa, niedawno pokryte nową, czerwoną dachówką. Przedsięwzięcie było nie byle jakie, bowiem przykryto na nowo około 16 hektarów dachu. Udało się to dzięki działającej od niedawna fundacji, która ma zamiar przekształcić to miejsce w Centrum Europejskich Spotkań.

Makietę przedstawiającą przyszły kształt dawnego klasztoru, można obejrzeć w jedynej niezniszczonej sali. Bowiem cała reszta wnętrz gigantycznej budowli jest w większym lub mniejszym stopniu zdewastowana. Projekt imponuje rozmachem, szczególnie, gdy zważy się stopień zniszczeń. Nic dziwnego, że są one tak wielkie, skoro powstawały i nawarstwiały się przez wieki. Bo wprost proporcjonalna do dawnej wspaniałości klasztoru jest wielkość późniejszych dewastacji. A widok budowli faktycznie swoim ogromem zapiera dech w piersiach. Fasada ma 223 metry długości i 118 metrów szerokości. Wraz z sąsiadującymi z główną budowlą domami rzemieślników, pomieszczeniami gospodarczymi, warsztatami i dodatkowym kościółkiem w parku, jest to największe architektoniczne założenie w Europie. Tylko w Hiszpanii jest budowla bodaj dorównująca lubiąskiemu klasztorowi.

    Początki tego miejsca sięgają czasów prasłowiańskich. Znajdowała się tu osada i obronny gród. Zniszczony on został w 1109 roku. Na tym samym miejscu wybudowali klasztor benedyktyni. Ale książę śląski Bolesław Wysoki na ich miejsce z Pforty sprowadził cystersów; zakon słynący z dobrego gospodarowania, wprowadzania nowych rozwiązań w rolnictwie i rzemiośle, upowszechniania nauki i sztuki. Byli, więc cystersi znakomitymi partnerami dla Bolesława Wysokiego, który bardzo wspierał rozwój górnictwa, hutnictwa, rzemiosła i handlu.

   Losy Bolesława Wysokiego były niezwykle poplątane, skutkiem nieustannych waśni pomiędzy piastowskimi książętami. Był wnukiem Bolesława Krzywoustego, synem Władysława II - protoplasty książąt śląskich. Urodził się w 1127 roku. Wraz z rodzicami został wygnany z kraju, co było wynikiem sporów i walk, jakie toczyli ze sobą Piastowicze. Miał wtedy 19 lat. Powrócił na Śląsk po 17 latach. Ale po kolejnych 9 latach, w roku 1172 wygnał go za granicę jego własny brat; Mieszko Plątonogi, wspomagany prze stryja Bolesława Kędzierzawego. Skandal - rzec można - był tym większy, że obu wyganiającym pomagał syn wyganianego, Jarosław.

Bolesław Wysoki ponownie powrócił i odzyskał dzielnicę, choć bratu Mieszkowi musiał ustąpić ziemię raciborsko - cieszyńską. Wkrótce potem został wygnany po raz trzeci i musiał synowi oddać ziemię opolską, a drugiemu bratu, Konradowi Laskonogiemu, dzielnicę głogowską. Nie udało mu się uzyskanie pryncypatu, czyli władzy zwierzchniej nad wszystkimi ziemiami polskimi po śmierci Kazimierza Sprawiedliwego. Napaści ze strony kolejnego stryja, Mieszka Starego, zmusiły go do szukania opieki u papieża. Zresztą tak stolica apostolska, jak i niemieccy cesarze musieli być stałymi rozjemcami w piastowskich waśniach.

Bolesław Wysoki zmarł w 1201 roku i pochowany został właśnie w Lubiążu. W klasztornym kościele jest jego płyta epitafijna, a w sali balowej - o której już wspominałem przy okazji owej makiety planowanego Centrum Europejskich Spotkań - na plafonie jeden z niderlandzkich mistrzów namalował jego wizerunek; wzorowany chyba na podobiźnie z nagrobka.

   I tak powróciliśmy do poklasztornych budynków. Cystersi zajmowali je do końca XV wieku. To oni są twórcami potęgi i piękna tego miejsca. Na szczęście mimo zniszczeń zachował się zasadniczy kształt architektoniczny i wiele ozdób.

Pierwszy raz klasztor spalili husyci w 1432 roku. Kolejnych zniszczeń dokonali Szwedzi podczas wojny 30-letniej. Najeźdźcy ograbili to miejsce, z czego tylko się dało. A było z czego, bo klasztor był już w tym czasie rezydencją książęcą. Na przełomie XVII i XVIII wieku Habsburgowie przebudowali klasztor w stylu barokowym. To z tego czasu pochodzi wspaniały wystrój Sali Balowej z owym plafonem, gdzie swoje miejsce ma też Bolesław Wysoki. Jednak po Wojnach Śląskich nastąpił ostateczny upadek. W 1810 roku klasztor zamieniono na szpital, a po II Wojnie Światowej właściwie nie było tu gospodarza.

Ocalałe z wojennej pożogi zabytki zagrabiono i wywieziono do Warszawy. Wśród nich piękne obrazy Michała Leopolda Willmanna - malarza zwanego "Śląskim Rembrandtem", osiadłego w Lubiążu od 1660 roku. Jego dzieła znajdują się w wielu śląskich kościołach; a te, które po wojnie zagrabiono, rozsiane są po Polsce, ze szczególną i niezrozumiałą koncentracją w Warszawie. Podobnie rzecz ma się z innymi elementami bezcennego i niegdyś niewyobrażalnie pięknego barokowego wystroju kościoła, którego elementy „rozdysponowano” po różnych polskich parafiach, a które prowincjonalni proboszczowie piłami i siekierami przystosowali do nowych wnętrz. Gdy organizowano wielką wystawę dzieł śląskiego baroku, nie byli nawet łaskawi ich wypożyczyć. (Sic!)

   W Lubiążu pozostały tylko freski. Na szczęście, nie dało się ich ukraść. Dziś robią niesamowite wrażenie w kompletnie zrujnowanym, ogołoconym ze wszystkich sprzętów i ozdób kościelnym wnętrzu. Są jak wyrzut sumienia, ale i światełko nadziei. Bo być może, ta jedna z najwspanialszych europejskich budowli już wkrótce znów się podźwignie i rozbłyśnie dawnym i nowym blaskiem. Być może powrócą też zagrabione dzieła sztuki z obrazami Willmanna na czele.

Jerzy Ciurlok

Dodaj swój komentarz

Wywiad

ilustracja

Z dr hab. Małgorzatą Myśliwiec, tyszanką, profesorem Uniwersytetu Śląskiego rozmawia Dariusz Dyrda

W czerwcu przez Polskę przetoczyła się dyskusja o decentralizacji, w tym samym miesiącu Sejm RP po raz piąty odrzucił projekt ustawy o śląskim języku regionalnym. O obu tych sprawach rozmawiamy z najbardziej znanym na Górnym  Śląsku komentatorem politycznym, prof. Małgorzatą Myśliwiec, politologiem z Tychów.

więcej

Stare fotografie

ilustracja

Mąż wyrusza na wojnę

Maria Piekorz (1879-1951), szanowana akuszerka bojszowska z pierwszym mężem Grelą, który jako marynarz poległ na I wojnie światowej.

więcej

Echo historii

ilustracja

Miasta Duchów

Czy to cień, czy jeniec były, polski, niemiecki, sowiecki? Czy to wiatr, czy echo dawnych salw? Wiatr hula, historia zawodzi, zwiedzać, czy brać za pas nogi? Cicho wszędzie, głucho wszędzie, co to będzie, co to będzie…

Turystyka to nie tylko piękne pałace, strzeliste góry, czyste jeziora. Są tacy, którzy wolą zwiedzać miejsca ludne niegdyś, a dziś wymarłe. Miasta widma. Wiele takich na świecie, ale i na zachodzie Polski, na dawnych terenach niemieckich, także parę znaleźć można. Zapraszam do miast wymarłych.

więcej

W naszej kuchni

ilustracja

Morwa - repertuar do nadrobienia

Mało się o niej mówi mimo, że morwa to roślina znana od tysiącleci. Jej owoce, które przypominają śląskie ostrenżyny czyli polskie jeżyny, albo dzikie maliny sugerują, że morwa to po prostu krzak. Nic bardziej mylnego – to drzewo, które potrafi osiągnąć nawet do 10 metrów wysokości i przetrwać nawet 250 lat. W Polsce nie wzięła się przez przypadek, a na jej historię i właściwości warto zwrócić uwagę.

więcej

Reportaż

ilustracja

Coś do jedzenia, proszę

Niedawno zaczęły się upragnione przez wszystkich wakacje, ale wakacje to nie tylko letni czas wypoczynku, w którym kurorty i wakacyjne miejscowości zapełniają się turystami… zwiększa się też liczba ludzi tam żebrzących. Pod tym względem wakacje niczym się nie różnią od okresu przed świętami, kiedy skokowo zwiększa się liczba ludzi w potrzebie, ale nie dajmy się zwieść - większość
z nich tak naprawdę nic ze zjawiskiem skrajnej biedy wspólnego nie ma, a takie żebranie może być dochodowym zajęciem.

więcej

Naszym tropem

ilustracja

Grosz do grosza…

Postanowiłam sprawdzić, jak to jest, gdy masz pieniądze na przyzwoite zakupy, ale są one w maleńkich nominałach. Grosz, dwa grosze, pięć groszy, dwadzieścia to już grubsza kasa. Dysponuję takimi zawsze, bo mój maż ma dziwny zwyczaj zbieractwa, a raczej porzucania po domu w przeróżnych miejsca drobnych monet, które ja, wychowana w szacunku do pieniądza, zbieram do wielkiego słoika… i zawsze mam dylemat, co zrobić z zebranymi miedziakami. No to dzisiaj sprawdzę, ile są warte. Ruszam w miasto!

więcej

Partnerzy