Sondaż publiczny

Sylwestrową Noc lubisz spędzać:

Felieton

Autor
Jerzy Ciurlok

Pożytki z wody płynącej, stojącej i … kałuży

Pożytki z wody płynącej, stojącej i … kałuży

ilustracja

Kiedyś były naturalnymi rozlewiskami potoków i strumieni, wypełnionymi przez kolejne deszcze naturalnymi zagłębieniami terenu. Ich tonie i brzegi zasiedlały zwierzęta. A całe to dobrodziejstwo natury wykorzystywali ludzie.
Z czasem nauczyli się odpowiednio gospodarować zasobami danymi przez przyrodę, pomnażając je, a nie tylko eksploatując. Śląsk zasobny był w to bogactwo. Ale dopiero przybycie zakonu Cystersów spowodowało zdecydowany postęp w sposobie jego wykorzystania. Zapewne długie posty sprawiały, że w klasztorach zapotrzebowanie na ryby było ogromne.
Sama przyroda nie nadążała za popytem. Trzeba jej było pomóc. Znakomicie nadawał się do tego sprowadzony z Azji karp, który w płytkich stawach rósł i mnożył się, jak grzyby po deszczu. Potem zauważył to też komunistyczny ekonomista Hilary Minc i dał społeczeństwu bożonarodzeniowego karpia.
Ale wróćmy do cystersów. Cystersi mnożyli zaś stawy, w stawach mnożyły się karpie.. Wkrótce pewne regiony Śląska zaczęły nimi słynąć. Wiele w stanie sprzed wieków, lub też już tylko, jako zarys dawnych niecek, pozostało przy Miliczu, Rudach Raciborskich, Palowicach i wielu  innych miejscach. Dziś w prawie niezmienionej od wieków formie, wraz z połaciami lasu stanowią, parki krajobrazowe. Bo dzieło Cystersów sprzed wieków jest szczególnym zabytkiem. Ale zabytkiem częstokroć ciągle użytkowanym w jego pierwotnym przeznaczeniu. Tej sztuki zakładania i użytkowania stawów od uczonych i pragmatycznych zakonników, nauczyli się i inni. Zresztą Cystersi prowadzili stosowne szkolenia agrotechniczne. Stawy zakładano więc przy dworach i kmiecych zagrodach. Specjalistami szczególnymi byli młynarze, którzy musieli piętrzyć wodę, by mieć napęd dla swoich kół. Powstawały, działające na naszej ziemi, po dziś dzień spółki wodne, mające sprawiedliwie wykorzystywać bogactwo wody, niesionej w strugach i rzeczkach. Bo zdarzało się, że ktoś zawłaszczał tylko dla siebie wodę strumienia, zmieniając jego bieg.
Stawy powstawały też przy okazji eksploatacji gliny i piasku, potrzebnych do budowy miast,
a w nowszych czasach w miejscach po odkrywkowym wydobyciu węgla. Te ostatnie były najczęściej znane pod wspólną nazwą „bagry”. To pochodna od bagra, czyli maszyny służącej do wydobycia metodą odkrywkową.
Z kolei rozmaite „glinioki”, najczęściej zlokalizowane w pobliżu miast, służyły letniej i zimowej rekreacji, były też przy tej okazji przyczyną rozmaitych tragedii. Bo to albo lód zbyt cienki pod kimś się załamał, albo ktoś zaplątał się w jakieś druciska i utonął, czy skacząc „na główkę” trafił w żelastwo.
   Na wsiach były różne, „żabioki”, czyli małe stawki nie bardzo służące hodowli ryb, ale za to będące źródłem uciechy dzieciarni, a i dorosłych też. Nie były tak niebezpieczne, jak podmiejskie „glinioki”. A jedne i drugie dodatkowo służyły różnym - najczęściej nielegalnym – wędkarzom. W każdym razie woda, w postaci najróżniejszych rozlewisk, zawsze była w cenie. Latem służyła kąpieli, zimą grze w hokeja.
   W wiejskich gospodarstwach był jeszcze jeden rodzaj stawu. Było to raczej bajoro, w którym więcej było błota i zwierzęcych odchodów, niż wody. Czasem napiła się z niego krowa, wytarzała się w nim świnia, gospodarz umył ubrudzone gnojem gumowce i widły. Czasem jakaś ulewa wzmacniała jego wodną zasobność, ale nadał śmierdział odchodami, nadal nogi grzęzły w błotnistej mazi na brzegu i na dnie. Nie przeszkadzało to tylko kaczkom, które z upodobaniem taplały się w takim bajorze, bełtając w cieczy dumnie zwanej wodą i wzbogacając zawartość mazi na dnie. Zapach owego miejsca był adekwatny do wyglądu, a nazwa była wzięta od jego głównych użytkowniczek; „kaczok”.
Wspomnijmy jeszcze najpośledniejsze zbiorniki wodne – jeśli w tym przypadku tej nazwy można jeszcze użyć – czyli kałuże. Brudne, małe, zdradliwe; bo nigdy nie wiadomo jak głębokie i co w nich się kryje. Każdy może być znienacka ochlapany ich zawartością. Tylko zimą trochę z nich pożytku, bo na zamarzniętych można się poślizgać. Ale trzeba uważać, żeby sobie przy tym krzywdy nie zrobić...
A wszystko to napisałem z myślą o „świątecznym karpiu”, którego czas nadchodzi. I wyłącznie z tą myślą. Reszta, to przypadkowe dywagacje wokół zasadniczego tematu.•

 Jerzy CIURLOK

 

Dodaj swój komentarz

Wywiad

ilustracja

Miśka, Ślązaczka i Twoja twarz brzmi znajomo

Bieruńska Michalina Sosna po tyskim „Kruczku”, podbija warszawskie sceny

więcej

Stare fotografie

ilustracja

Mąż wyrusza na wojnę

Maria Piekorz (1879-1951), szanowana akuszerka bojszowska z pierwszym mężem Grelą, który jako marynarz poległ na I wojnie światowej.

więcej

Echo historii

ilustracja

Bożek – przegrał ze Stephensonem

Dla wynalazcy liczy się miejsce, gdzie pracuje

więcej

W naszej kuchni

ilustracja

Dajmy brukselce szansę!

Z brukselką jest trochę jak ze szpinakiem, czy wątróbką – większość z nas ma związane z nimi złe wspomnienia z czasów dzieciństwa. Czemu tak się stało? Po pierwsze do niektórych smaków trzeba zwyczajnie dojrzeć, ale myślę, że najważniejszy jest jednak sposób przyrządzenia. Z tego miejsca chciałabym pozdrowić wszystkie przemiłe panie przedszkolanki, które z pełnym przekonaniem usiłowały wciskać mi i moim kolegom gorzką, rozgotowaną brukselkę... Tak być nie musi! A skoro właśnie ruszył sezon na najciekawszą i zarazem najrzadziej przyrządzaną kapustkę, to mamy okazję dać jej szansę i docenić jej walory!

 

więcej

Reportaż

ilustracja

Do Ziemi Świętej z orkiestrą symfoniczną z Bergisch Gladbach

Izrael • Projekt „Razem” niemieckich i izraelskich muzyków

więcej

Naszym tropem

ilustracja

Święty czy podciep czyli kim jest Mikołaj

Wyobrażacie sobie, że w rocznicę urodzin papieża-Polaka ktoś – twierdząc, że to ku jego pamięci – będzie chodził ubrany w strój klauna i przedstawiał się, jako Jan Paweł II? Najdalej za dwie godziny ktoś poleci  na prokuraturę, donieść o obrazie uczuć religijnych. I w zasadzie można zrozumieć, że taka sytuacja kogoś, kto czci Jana Pawła II, bądź co bądź świętego, może obrażać. Podobnie jak ktoś, kto wciągnie na siebie skórę niedźwiedzia – i nie będzie twierdził, że jest teraz miśkiem, tylko, powiedzmy, św. Krzysztofem, patronem Tychów. To chyba też obraza uczuć religijnych, też na prokuraturę trzeba lecieć.

więcej

Partnerzy