Felieton

Autor
Jerzy Ciurlok

Nowe wrogiem dobrego

Nowe wrogiem dobrego

ilustracja

Kiedyś, będąc w Niemczech zauważyłem dziwnie ubranych młodych mężczyzn. Mieli czarne, staroświecko skrojone uniformy z dużymi srebrzystymi guzikami - coś podobnego widuje się u tradycyjnie ubranych kominiarzy, na głowach szerokoskrzydłe, sztywne, czarne kapelusze - takie z kolei widywałem w Stanach Zjednoczonych u odświętnie ubranych Amiszów.

Nic, więc chyba dziwnego, że w pierwszym momencie pomyślałem, iż są to członkowie jakiegoś tradycyjnego kościoła. Spotykałem ich na południu Niemiec idących poboczami dróg, lub odpoczywających w miejskich zaułkach. Nie dawało mi spokoju pytanie:, kim oni są? Ale nie bardzo miałem, kogo zapytać, zaś ich samych nie chciałem, bo wydawało mi się to niedelikatne. Aż wreszcie dziennikarska dociekliwość wzięła górę i z możliwie największym taktem, na jaki pozwoliła mi daleka od doskonałości znajomość niemieckiego, zagadnąłem młodzieńca stojącego w bramie jakiejś kamienicy. Gdy usłyszałem odpowiedź na moje pytanie zmierzające do rozwikłania tajemniczej tożsamości dziwnie ubranych postaci, szczęka mi dosłownie opadła tak, że chyba było słychać jej uderzenie o trotuar. Okazało się, że są oni... wędrownymi czeladnikami.

O czymś takim czytałem, znałem opowieści i rozporządzenie władz pruskich na Śląsku w tej kwestii, ale byłem przekonany, że odeszli ci wędrowcy w przeszłość wraz z XIX wiekiem, zaś jedyną po nich pamiątką na terenie Niemiec są tzw. Kolping Hauses, które zacny pastor powołał do życia w trosce o młodocianych adeptów rzemiosł wszelakich; ich fizyczny i moralny dobrostan. Minę musiałem mieć rzeczywiście zbaraniałą, bo sympatyczny młody człowiek zaczął mi z uśmiechem wyjaśniać, że jak przez wieki, tak nadal po ukończeniu nauki rzemiosła, kandydaci na majstrów rozpoczynają - wyłącznie pieszą - wędrówkę od miasta do miasta, od wsi do wsi. I jak to, wyłącznie za wikt i opierunek, podejmują pracę w kolejnych warsztatach. I tak przez dwa lata. Zaś potem praca mistrzowska, czyli tak zwany „majstersztyk”, no i wyzwoliny na mistrza. Nie mogłem wyjść z zadziwienia i podziwu nad tą ciągłością obyczaju i trwałością wypracowanych przez stulecia metod kształcenia. Trudno było uwierzyć, że trwająca od średniowiecza tradycja przeszła na wiek XXI i nikomu nie przychodzi do głowy nazwać ją anachronizmem. No, bo, jeśli daje dobre rezultaty to, po co to zmieniać? Po co rezygnować z wielowiekowej ciągłości?

Mówię dziś o tym, bo właśnie rozpoczynają naukę kolejne roczniki w szkołach różnych szczebli i różnej jakości. Nasi uczniowie niestety nie mogą liczyć na jakąkolwiek stabilność systemu, nie mówiąc już o wielowiekowej trwałości. Ja wiem, że być może Polska nie posiada takich długich tradycji nauczania i tak wypracowanych przez wieki metod, ale przecież można by sięgnąć do znakomitych, także mających źródło w średniowieczu, doświadczeń szkolnictwa na Śląsku. Wszak - skoro Śląsk jest częścią państwa polskiego, to warto korzystać z jego bogatego, wielowiekowego dorobku, którego gdzie indziej brakuje. Nie jest to wiedza tajemna, czy zastrzeżona dla wybranych. A że jest, po co sięgać, niech świadczy fakt, iż na początku XX wieku odsetek analfabetów na Śląsku wynosił mniej niż pół procenta całej populacji. W tym czasie na ziemiach Kongresówki, czy Galicji spora część szlachty była „niepisata i niecytata”- o niższych warstwach społeczeństwa nie wspominając.

Śląskie sukcesy edukacyjne mają swoje korzenie jeszcze w średniowieczu. Przypomnijmy, że tak wybitni, znani w całej Europie średniowieczni intelektualiści, jak Vitello, czy Peregryn z Raciborza pochodzili ze śląskich rodzin chłopskich. No właśnie; w Europie znani, w Polsce mniej. Mało znani też są na przykład znakomici profesorowie renesansowych uniwersytetów, wywodzący się ze śląskiego chłopstwa i mieszczaństwa – a było ich wielu. Podobnie rzecz ma się z intelektualistami, odkrywcami i innymi wybitnymi postaciami następnych epok.

Jak powiedziałem, źródła tego stanu rzeczy tkwią jeszcze w średniowieczu, ale prawdziwy przełom przyniosły reformy Fryderyka II Wielkiego w połowie XVIII wieku. Dotyczyły one także zmian w nauczaniu rzemiosła, o czym powiem może innym razem. Bo zmiany to były nieomal rewolucyjne. Ale jak widać gdzie indziej to, co się sprawdziło, co uznano za dobre, pozostawiono. My ciągle, jak w dowcipie, poprawiamy „z lepszego na jeszcze lepsze”. A w Niemczech wędrowni czeladnicy po dziś dzień przemierzają drogi, miasta, wsie i warsztaty różnych majstrów – także te o nowoczesnym profilu; samochodowe, elektryczne, elektroniczne - w poszukiwaniu wszelakiej wiedzy. Pewnie i tej życiowej. Nie namawiam, by u nas wprowadzić ten system – choć wprowadzanie „rewolucyjnych zmian” z dnia na dzień stało się specjalnością polskiego resortu oświaty. Ale namawiam do sięgnięcia po metody dobrze sprawdzone i do zaprzestania nieustannego bełątania w systemie przez osoby jak najmniej do tego przygotowane. No chyba, że polskim władzom potrzebne jest społeczeństwo niedouczonych durniów...

Jerzy Ciurlok

Dodaj swój komentarz

Wywiad

ilustracja

W opozycji jest dziwnie

z Michałem Gramatyką, radnym wojewódzkim rozmawia Dariusz Dyrda

więcej

Stare fotografie

ilustracja

Mąż wyrusza na wojnę

Maria Piekorz (1879-1951), szanowana akuszerka bojszowska z pierwszym mężem Grelą, który jako marynarz poległ na I wojnie światowej.

więcej

Echo historii

ilustracja

Krótki to był zryw

W Mysłowicach zawisły bilbordy, że to właśnie tutaj, na kopalni Mysłowice, wybuchło I Powstanie Śląskie. Słowa te powtarzają władze wojewódzkie i państwowe, powtarza prasa, zamiast zwyczajnie sięgnąć do opracowań naukowych, które tezie o wybuchu powstania w Mysłowicach przeczą. Hasło do walki wydano tam dopiero, gdy powstanie w Tychach i wsiach wokół nich już dogorywało. Jeśli wskazać na rzeczywiste miejsce wybuchu powstania, to właśnie trzeba pokazać na Tychy, Paprocany, Czułów, Bojszowy, Wolę i inne miejscowości wschodniej części ówczesnego powiatu pszczyńskiego.

więcej

W naszej kuchni

ilustracja

Niezastąpione tomaty

Kto nie docenił dojrzałych pomidorów przez ostatnie miesiące, ten nie przeżył lata w pełni. Każdy ma swoją słabość, w moim przypadku są to właśnie one - pachnące, dorodne i soczyste tomaty. Nie ma chyba człowieka, który z pomidorami nie ma zupełnie nic wspólnego - ci, którzy nie przepadają za surową wersją, z przyjemnością korzystają z dobrodziejstwa ich przetworów - pizza, spaghetti, czy Krwawa Mary to te najbardziej oczywiste, ale nie zapominajmy, że bez pomidorów nie byłoby prawdziwego leczo, fasolki po bretońsku, czy nawet gołąbków. Intrygujące są te nasze tomaty - warto wiedzieć o nich nieco więcej. Najważniejsze, że mimo końca lata jeszcze nie jest na nie za późno. Zdążymy najeść się nimi na zapas. Zachęcam!

więcej

Reportaż

ilustracja

Góra śmieci czy też wyspa skarbów?

Ostatnio był u nas wywóz tak zwanych śmieci wielkogabarytowych, ludzie powystawiali stare kanapy, sprzęt AGD, zabawki dziecięce którymi już się ich pociechy się nie bawią albo sprzęty z których już wyrosły. Wynoszenie zaczęło się już w weekend. I gdy siedziałam na schodach paląc papierosa jechała bagażówka - i ni z tego ni z owego zatrzymała się na ulicy; mężczyzna siedzący przedtem na miejscu pasażera wysiadł z auta i zabrał sprzed jednego z domów stojący wśród innych śmieci mały, różowy, dziecięcy rowerek, po czym zaniósł go do samochodu. Najwyraźniej dla niektórych śmieci, a dla innych skarby.

więcej

Naszym tropem

ilustracja

Imielin przegrywa z kopalnią

O konflikcie miedzy miastem Imielin a kopalnią Piast-Ziemowit pisaliśmy już kilkukrotnie. Polska Grupa Górnicza, której kopalnia jest częścią, zamierza wydobywać złoże Imielin-Północ. Dla miasteczka oznacza to degradację i szkody górnicze, bo teren może obniżyć się o 6 metrów. W przekonaniu mieszkańców zagrożony jest też zbiornik wody pitnej Dziećkowice, dostarczający jej do ¼ aglomeracji katowickiej. Mieszkańcy Imielina zapowiadają na 14 września pikietę.

więcej

Partnerzy